VIRION
ZESTARZAŁY
Rozpisał się z tym „Virionem” Ziemiański, oj
rozpisał. O tyle ciekawy to fakt, że przecież miał to być jedynie dodatek do
trylogii „Achai”, a stał się spin-offem, który nie tylko zaczął żyć swoim
własnym życiem, ale i rozrósł do imponujących rozmiarów (już osiem tomów, a
będą jeszcze co najmniej dwa), przerastając swoją poprzedniczkę. No i fajnie,
bo jednak Virion to jedna z ciekawszych postaci serii, do tego cykl o nim – a
raczej cykle, bo jest tego kilka przecież – wracają do korzeni, a nawet
fabularnie biegną już w zasadzie obok wydarzeń znanych z „Achai” i, jak
zapowiadał autor, w tej nowej odsłonie sama Achaja też powróci (czy robi to w
tym tomie, zdradzać nikomu nie będę, bo i po co). Więc warto jest po ten tom
sięgnąć, nawet jeśli poprzednie, o młodości naszego bohatera, nie porwały Was
tak bardzo, jakbyście się tego spodziewali.
Virion młody już był, teraz przyszła pora się zestarzeć
i, jak się okaże, jednak jeszcze pokazać na co go stać. Ale zanim do tego
pokazywania dojdzie, widzimy Viriona, szermierza natchnionego, który postarzał
się, wzrok mu się posypał, a on nawet nie pamięta już kim jest. Za to nadal
może wypić. I nadal nie wymaga opieki, jak wydaje się pewnej trójce, która chce
mu pomóc, a która już niedługo przekona się ile ten dziadek jeszcze potrafi, a
przy okazji odkryje kim naprawdę jest i…
Uniwersum „Achai” zaczęło się w latach 2002-2004
wraz z wydaną wówczas tytułową trylogią (swoją droga wydana tak, że przypadkiem
pominięto jeden rozdział, opublikowany potem w magazynie „Science Fiction”), a
potem było osiem lat przerwy i miało być opowiadanie „Pomnik cesarzowej Achai”,
ale zmieniło się w pięć gigantycznych tomów. I od razu Ziemiański wziął się i
zrobił tetralogię „Imperium Achai. Virion”, a po krótkie przerwie wrócił
jeszcze z trylogią „Szermierz natchniony. Virion”. I po każdym takim cyklu
wydawało się, że to już koniec, ale zawsze wracał i wraca teraz, ledwie rok po
poprzedniej powieści, serwując nam „Krew”, czyli pierwszy tom cyklu „Legenda
miecza. Virion”.
No i fajnie jest. Tom rozkręca się powoli, jak na
stricte rozrywkową fantastykę, jaką przecież jest, ale za to dużo akcji, dużo
klimatu – takiego typowego dla swojskiej, ale jednak czerpiącej z wielu
różnorodnych źródeł fantasy – no i humoru, który podkręca przyjemność z
czytania. Mam wrażenie, że Ziemiański poczuł się w tej opowieści i tym tomie
lepiej, niż przy wcześniejszych przygodach Viriona, że jakoś ta starość
bohatera i ograniczenia mu przez to narzucone pozwoliły pobudzić kreatywność.
Bo czuć, że autor, jak i postacie, mierzą się tu z legendą i każdy dobrze się w
tym wszystkim czuje. A skoro o bohaterach mowa to mamy tu jedną naprawdę fajnie
nakreśloną postać kobiecą, która zostaje w pamięci czytelnika – i jest to jedna
z najlepszych bohaterek, jakie Ziemiański wykreował. A trochę ich było.
Efekt jest taki, że dostajemy pięćset stron dobrej,
rozrywkowej książki, która fanom prozy autora zapewnia dokładnie to, czego
oczekiwali. Fanom, bo wiadomo, Ziemiańskiego albo się kocha, albo nienawidzi.
Ja lubię, doceniam, chętnie sięgam i lubię wracać. Bo może to i tylko lekka,
prosta rozrywka, ale za to naprawdę przywoźcie napisana i dostarczająca dobrej
zabawy.

Komentarze
Prześlij komentarz