Amazing Spider-Man #11: Szczątki – Nick Spencer, Kim Jacinto, Mark Bagley, Marcelo Ferreira, Guillermo Sanna
NAJLEPSI
WROGOWIE
W końcu jest. Kolejny pajęczy jubileusz (tym razem pięćdziesięciu
numerów nowego volume’u), kolejny event (z dodatkowymi zeszytami ściśle
związanymi z opowieścią) no i „zakończenie” wątku Kindreda. I znów mamy
opowieść tak, jakby niedokończoną, bo niby tu dostajemy wszystkie zeszyty „Last
Remains”, ale jednak nie epilog całości, który przerzucony zostanie do
kolejnego albumu. No tak to w skrócie wygląda. Spencer swoim runem przyjął
sobie za punkt honoru odtworzenie wszystkiego co w serii było wcześniej i
jednocześnie zapchania paru dziur, które chyba go bolały, a których w serii
namnożyło się przez lata. Więc doprowadza to wszystko do końca, po latach
dopełniając nawet wątków z powrotem Mysterio zza grobu, które po świetnym,
„Diable Stróżu” Smitha pozostawały zapomniane przez dekady, a robi to w typowym
dla siebie stylu. Czyli bierze coś, co mogło być naprawdę fajne i nie udaje mu
się wycisnąć z historii nic ponad typowego przeciętniaka, jakich wiele. Dużo
akcji, dużo bohaterów, niewiele treści. I tak to ciągnie przed siebie i jeszcze
ciągnąc będzie przez kolejne sześć tomów, zanim seria trafi w ręce Zeba Wellsa,
który doprowadzi ją do kolejnego finału (epicką zrzynką z „Sagi klonów”) i
nowego otwarcia, które w USA jako volume 6 trwa do dziś (z nieszczególnie dobrym
skutkiem). Ale na razie jest ta część i jest… no jak było dotąd.
Kindred od dłuższego czasu mąci i knuje. Przywraca
zza grobu wrogów Spider-Mana, szykując grunt pod ostateczne starcie. A to
starcie zbliża się wielkimi krokami.
Gdy doktor Kafka stara się zrozumieć prawdę na
temat relacji Osborna i Kindreda, Peter szykuje się do wyzwania, któremu może
nie podołać. Znów. Znów więc będzie potrzebował pomocy kogo tylko ze
Spiderversum się da. I nie tylko, bo i udział Doktora Strange’a nie zaszkodzi.
Ale co wyniknie z tej konfrontacji?
Event, jak event. Spider, jak Spider. Spencer, jak
Spencer. Miało być epicko i porywająco, zaskakująco i w ogóle, po raz kolejny
tak miało być i po raz kolejny wyszło, jak zawsze. Wziął Spencer balonik i
próbował go nadmuchać, opowiadając cały czas, jaki to będzie duży i piękny, ale
flaczał mu cały czas, więc tak siedział, dmuchał, gadał i ostatecznie
stwierdził, że tyle wystarczy. Miłośnicy serii chyba za bardzo już jej nie
czytają, więc co się będzie silił na oryginalność, nowi, którzy czytają (albo
ci, którzy zostali z tytułem) skoro wciąż tu są, zbyt wielkich wymagań nie
mają, więc co on się będzie przemęczał. No i się nie przemacza. Idzie po najmniejszej
linii oporu i chociaż tym razem nie kopiuje aż tak mocno żadnej konkretnej
fabuły (choć widać, że chciał zrobić swoją wersję doskonałych „Najlepszych
wrogów” DeMatteisa - i to widoczne jest zanim pojawiają się plansze z tamtej historii, które swoją drogą pokazują przepaść poziomów między jednym a drugim dziełem), oryginalności, pomysłowości itp. tutaj nie uświadczycie.
Jest za to akcja, akcja, akcja i sporo bohaterów.
Ale ta akcja jakość tak cały czas dąży do wielkiego bum, a bum nie ma. Wszystko
jakby w zawieszeniu. Widowiskowo jest, bo dobrzy rysownicy z Bagleyem w
naprawdę dobrej formie na czele naprawdę pokazują tu, co potrafią i jest na co
popatrzeć, ale fabularnie jakoś tak nie do końca to wychodzi. Dobrze, że wątek
ciągnięty, jak w starych Pająkach przez dziesiątki numerów, ale bez tego, co
kiedyś talentu, wreszcie dobiega końca. Ale nie ostatecznego, temat jeszcze
wróci – i to nie tylko w kolejnym tomie. Tak czy inaczej jednak pewne
domknięcie tu mamy. I mamy całkiem epickie wydarzenie, które jest konsekwencją
tego, co snuto w serii już dłuższy czas, z paroma elementami dla stałych fanów.
Przeczytać można, całkiem nieźle to wchodzi, ale jednak Spencer, jak to
Spencer, na kolana nikogo tu nie powala. Fajnie za to, że po polsku mamy
zbiorczy tom, bo w oryginale zawarte tu zeszyty wyszły w dwóch wzajemnie
dopełniających się albumach.
Dziękuje wydawnictwu
Egmont za możliwość przeczytania komiksu.



Komentarze
Prześlij komentarz