DAYS OF
THE FUTURE PAST
Pilipiuk wrócił z pięcioma nowymi opowiadaniami.
Tym razem nie o Jakubie, a znów o swoich bohaterach z historią związanych –
czyli Skórzewskim i Stormie. Przeszłość, teraźniejszość a nawet przyszłość
mieszają się ze sobą, a wszystko to w tekstach, jakby wracających nieco do
korzeni, do starszych dzieł autora. I powiem, że fajnie, bo to taki Pilipiuk,
jakim zaczytywałem się przed laty. Czyli może proza prosta, może literacko to
to żadna wyższa półka i nawet celować w nią nie próbuje, ale jako rozrywka
dobrze jest, fajnie się sprawdza i przyjemne jest, chociaż nierówno. Ogół
jednak wciąż jest bardzo dobry, różnorodny, choć zamknięty w typowych dla
Pilipiuka ramach i dobrze kontynuujący to, do czego przywykliśmy przez te lata.
Całość zaczyna się od tekstu o Skórzewskim, który pod koniec XIX wieku pracuje w szpitalu, umieralni w zasadzie, gdzie swoje ostatnie dni spędzają ludzie konający na kiłę i gruźlicę, na które nie ma lekarstwa. A może jest? Zajmując się pacjentem, który jednocześnie jest lekarzem, będzie miał szansę na przeprowadzenie pionierskiej terapii, która może zmienić oblicze medycyny. By to jednak zrobić, będzie musiał złamać wszelkie zasady i... Czy się na to zdecyduje?
Potem na scenę wskoczy Klementynka, czyli pilipiukowa wariacja na temat Czerwonego Kapturka, dziejąca się jednak za PRL-u w styczniu zimnym, niczym serce komucha, kiedy to okolicą wstrząsają ataki wilków. Co się za nimi kryje?
Kolejny tekst opowiada o Robercie Stormie i jego śledztwie w sprawie pewnej armaty, które wiedzie go nieoczekiwanie w kierunku sprawy, którą chce rozwiązać od lat. I jednocześnie będzie chciał pokombinować i wyprostować pewne historyczne sprawy, niekoniecznie zgodnie z prawem...
W jeszcze jednym tekście wracamy do Skórzewskiego, który tym razem w wojennej zawierusze, znajdzie się w Wojsławicach, gdzie będzie musiał zmierzyć się ze specjalistą od gazów bojowych. Tu też spotka pewnego cwanego dzieciaka, niejakiego Kubę Wędrowycza. Ale jak poradzi sobie w sytuacji zagrożenia życia?
A na koniec zostaje tekst tytułowy, czyli znów Storm, który bierze udział w przygodzie, jakiej jeszcze nie przeżył. Co prawda będzie miał okazję trochę poszperać w historii, ale przede wszystkim czeka na niego spojrzenie za kulisy tego, co może przynieść przyszłość. Oto bowiem szukając u niego pomocy, zjawia się dziewczyna, która najwyraźniej pochodzi z przyszłości i została tam przerobiona na ludzką lalkę dla pedofila. Wyniszczona, umierająca, szuka pomocy, ale co może zrobić Storm? Czyżby sprawa pewnego bogacza i podrabianych obrazów miała z tym wszystkim coś wspólnego? Robert będzie musiał skorzystać ze swoich wszystkich znajomości, by przeprowadzić akcję, która zmienić może przyszłość. Czy ma jednak jakiekolwiek nadzieje?
No bawiłem się dobrze czytając ten zbiór i to tyle w temacie. Pięć tekstów, dwa o znanych nam bohaterach, jeden niezależny, choć właściwie niezależne jest tu wszystko, bo niby to te same postacie od lat przewijające się w krótkich formach Pilipiuka, a jednak za każdym razem dostajemy coś samodzielnego, co można czytać nie wiedząc o serii nic. Ale Pilipiuk nie byłby sobą, gdyby nie nawiązywał, gdyby nie puszczał oka i to też robi. No i to również mnie kupiło, bo np. prozę Stefana Dardy, do którego tu nawiązuje, znam i cenię. Niby w zasadzie to drobiazg, ale jednak miły akcent.
Zaskoczyło mnie jedna to, że najbardziej nie trafiło do mnie opowiadanie o gazie bojowy, czyli to gdzie gościnny występ małego Wędrowycza ubarwia ponurą akcję nutą humoru, a tekst o syfilisie i gruźlicy, który czyta się, jak oglądało przygody Dr. House'a. Ten z Wędrowyczem (a takie gościnne występy czy nawiązywanie do Wojsławic zawsze dla mnie jest w cenie) jest spoko, ale jakby ucięty, bez odpowiedniego akcentu w zakończeniu, ten o syfilitykach, wypełniony ciekawostkami historycznymi i medycznymi, oferuje sporo emocji, ale i ma w sobie pewną makabryczną, bolesną nutę zawartą w opisach dolegliwości czy zabiegów, która sprawia, że czasem opowiadanko to zwyczajnie się przeżywa.
Całość zbioru zaś to po prostu miks nastrojowej swojskości, przygód, akcji, humoru i lekkości. Czasem Pilipiuk niedociąga tu i tam („Klementynka” klimatyczna, ale oczywista do bólu), czasem sprawia wrażenie, jakby jednak chciał wrzucić za wiele („Siódma armata”), ogólnie jednak naprawdę fajnie jest i nastrojowo. Lekko, sprawnie… A i doceniam przesłanie tytułowego tekstu: przesłanie typowe dla Pilipiuka, nieco podobne do tego, z finału „Upiora w ruderze”, ale tu o wiele bardziej udane, spełnione i mocniej działające na czytelnika. Plus, że nie wszystkie pytania znajdują tu odpowiedzi, dając nam nieco miejsca do własnych przemyśleń, a i docenić trzeba, że jest w tym sporo emocji, sporo humanitaryzmu i przestróg, które dziś, w dobie politycznej poprawności nie są mile widziane, a jednak warte są wzięcia pod rozwagę.
Okej, wiadomo, jak pisałem, nic to z wyższej półki, raczej rozrywka, ale też i nie tak, że pustka intelektualna, bo Pilipiuk jakąś wiedzę i wartości przekazać stara nam się zawsze i to doceniam. I jeszcze ładnie jest to to wydane, ze świetnymi ilustracjami i w ogóle. Fajnie się też ta całość spina, bo gdzie tylko może, Pilipiuk nawiązuje do tematu przyszłości i nawet w tekstach dziejących się przed ponad stoma laty mamy przebłyski tego, co nadciąga, przynajmniej z perspektywy bohaterów i tak, jak zbiór zaczyna się próbą zmienienia świata przez Skórzewskiego i wpłynięcia tym samym na przyszłość, tak kończy się podobną próbą Storma. A w obu przypadkach są to próby pełne nadziei, że jednak będzie lepiej. I oby tak było.


Komentarze
Prześlij komentarz