HOPELESS?
Z Ianem McDonaldem raczej do czynienia dotąd nie
miałem. Ja wiem, że sporo jego tekstów pojawiło się w „Nowej Fantastyce”, a że
dużo tego swego czasu czytałem, istnieje szansa, że na któreś z jego opowiadań
się natknąłem, ale jeśli tak, nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia i nie
zapamiętałem ani opowieści, ani autora. Ale w sumie się nie dziwię, bo
„Hopelandia”, w której pokładałem spore nadzieje – Mag zazwyczaj złych książek
nie wydaje – okazała się zawodem. Jakaś taką wysiloną, mało oryginalną i
dziwnie sztuczną, podaną na dodatek tak przesadnie kwiecistym językiem, jakby
autor na siłę próbował udowodnić nam, że potrafi pisać rzeczy piękne,
stylistycznie bogate i niemalże liryczne, czym jedynie udowodnił, że jednak w
ogóle nad tym nie panuje. No i brakiem pewnego panowania nad opowiadaną materią
też jest, niestety, nacechowana ta powieść.
Tytułowa Hopelandia to nic innego, jak rodzina, rodzaj
rodziny właściwie, dziwnej, przesyconej własnymi wierzeniami, rytuałami,
hierarchią. A wszystko mocno związane z… prądem. Wśród nich jest Raisa Hopeland,
której losy zetkną się z chłopakiem nie z tego świata i…
No i właściwie o fabule ciężko powiedzieć coś
więcej, coś konkretnego. Bo pod tym względem książka jest specyficzna i to
mocno, a przy okazji taka dość płynna, że ciężko to ubrać w słowa. Ogólnie
rzecz biorąc dzieje się tu dużo i w dość chaotyczny sposób, choć jednocześnie
książka jest bardzo prosta. Autor po prostu chciał za wszelką cenę tę prostotę
ukryć, chciał ukryć brak większego pomysłu za mocnym kombinowaniem i przy
okazji chciał wykreować własny, złożony świat, ale wyszło mu to trochę jak
wychodzi debiutantom – przedobrzył, a jednocześnie nie dociągnął tu i tam.
Oryginalności zabrakło, jak zabrakło klarowności tego wszystkiego.
Bo raz, że książki opierające mechanikę świata
fantastycznego to nic nowego, a najciekawiej, bo jakoś tak lovecraftowsko ujął
to King w swoim „Przebudzeniu”, gdzie motorem napędowym działań było prawdziwe
znaczenie prądu elektrycznego. I tu mam wrażenie, że McDonald, czytając to lub
podobne dzieło, a mając w pamięci prozę Charlesa Strossa, postanowił połączyć
obie rzeczy i stworzyć coś własnego. Bo Stross też mi tu mocno pobrzmiewa, on
także rzucał nas w swej prozie w świat totalnie nam obcy, dziwny, pełen własnej
terminologii, wierzeń, określeń i zachowań często dla nas nie do końca
zrozumiałych. U niego wszystko rządziło się swoimi cyberpunkowymi prawami, ale
miało to sens, nawet jeśli często znany przede wszystkim autorowi. I nie było
sztuczne. A tu czuję sztuczność. Takie usilne wymyślenie określeń, rytuałów,
działań i wszystkiego, co się tu dzieje. Czytam to i nic nie czuję do
bohaterów, bo są jak lalki, niby różne od siebie, ale niemające w sobie
krwistości ani życia. Tak samo świat, niby McDonald usiłuje skroić go bogato,
ale wszystko jest płaskie, niczym kolorowy plakat na ścianie.
I jeszcze ta kwiecistość stylu. Też na siłę, też
bez wyczucia, z klimatem budowanym usilnie za pomocą dokładnych, technicznych
niemal opisów, zamiast sugestii, które o wiele lepiej działałyby na wyobraźnię
czytelnika. Z masą zbędnych porównań, kwiecistych ozdobników, wyglądających
jakby ktoś podręcznik do medycyny podany klinicznym żargonem próbował
uatrakcyjnić za pomocą poezji, ale o poezji nie miał najmniejszego pojęcia.
Efekt jest bardzo sztuczny, rażący i odsłaniający jeszcze mocniej wszystko to,
co autor próbował przed nami ukryć – czy to niedociągnięcia stylistyczne, czy
te związane z pomysłami i ich poprowadzeniem, czy wreszcie te, próbujące ukryć
prostotę opowieści i postaci w pewnym rozmyciu treści i kolorowym chaosie. Jak
wiadomo, krzyczy ten, kto nie ma argumentów albo nie potrafi ich obronić, a
McDonald nie mając pomysłów i argumentów na obronę swoje prozy aż krzyczy nam
nią w twarz. Przeczytać można, nie jest to dzieło beznadziejne, swoje momenty
ma, ale niestety spodziewałem się czegoś zdecydowanie więcej.

Komentarze
Prześlij komentarz