Nie pierwsza to opowieść o „Przedwiecznych”.
Ostatnia też nie. Mówi się, że najlepsza i może i tak jest. Ale jednocześnie
nie mówi się, że dzieło należy do najlepszych Gaimana, a że niejedno jego najlepsze
mnie zawiodło… No ale, że uwielbiam Romitę Jr., a na dodatek o Przedwiecznych
na półce rzeczy mam niewiele – a solowych to w ogóle – w końcu dołączyłem album
do kolekcji. I? I spoko jest. Żadne wielkie to dzieło, z Gaimanowskich dokonań
dla Marvela wolę „1602”, niemniej przeczytać można, a nawet warto. I tylko żal,
że „MCU” mając pod ręką tak przyjemny materiał, zrobiło beznadziejnych
„Eternals”.
Mark Curry jest studentem medycyny. Zwyczajnym chłopakiem,
jakich wielu. Nie wie jednak, jaką tajemnicę sam skrywa, dopóki nie zaczyna
zaczepiać go pewien mężczyzna, twierdzący, że obaj pochodzą z rasy
Przedwiecznych, tylko o tym nie pamiętają. Rasy potężnej, nieśmiertelnej. I
chociaż Mark początkowo w to nie wierzy, wkrótce przekonuje się jednak, jak to spotkanie
zmieni jego życie…
Wraz z końcem lat 60. XX wieku marvelowski pokład
opuścił nie kto inny, jak sam Jack Kirby – jeden z filarów firmy i człowiek,
który pomagał współtworzyć wszystko, co w początkach wydawnictwa najlepsze.
Powrót zajął mu pięć lat, ale kiedy wrócił, porwał się na stworzenie
„Przedwiecznych”, rozbudowując kosmos wydawnictwa. I ci Przedwieczni w
komiksach się zadomowili, przewijali się to tu, to tam – polscy czytelnicy już
w latach 90. mogli poznać trochę ich przygód w „Avengers: Ex Post Facto”, gdzie
nawet w kilku zdaniach, klarownie ukazano ich genezę i kim są – ale z czasem
coraz bardziej spychani byli na margines. Ale wtedy pojawił się Joe Quesada,
ówczesny redaktor naczelny, i pomyślał, że warto by ich przywrócić,
uwspółcześnić, odświeżyć. I tak powstała ta miniseria.
To taki reboot, ale i wielki hołd i tak to
odczytywać trzeba. Twórcy kinowi i sporo z tego czerpali, i za mało. Niestety,
ale gdyby zrobili rzecz wierną temu komiksowi, byłoby coś dobrego, coś
intrygującego i inteligentnego. Okej, Gaiman serwuje nam tu przede wszystkim niezobowiązującą
rozrywkę, ale jest to rozrywka na poziomie. Coś, co nie pędzi na złamanie
karku, efektami szafuje oszczędnie, bardziej skupia się na postaciach i
relacjach między nimi. i na zagadce. Owszem, Gaiman pełnymi garściami czerpie
stąd i owąd, są tu wątki z próbą zabicia nieśmiertelnego, jak żywcem wyjęte z
przygód Wolverine’a, Są też drobiazgi nietrafione, jak Sersi, która jakoś tak w
kierunku spidermanowej MJ ciąży, a nie taka być powinna, ale jest dobrze.
Jest co poczytać, co odkryć. Fajnie to osadzone w
ówczesnej rzeczywistości Marvela, a więc po „Wojnie domowej” i konsekwencjach z
niej wynikających, z literackim zacięciem napisane – plus dla wydawcy, że
zatrudnił do przekładu zawodowego pisarza, jakim jest Michał Cetnarowski, bo
dobrze wychodzi mu oddawanie prozy Brytyjczyka – i ładnie ilustrowane. Ja wiem,
że Romita Jr. specyficzny jest, że wielu kole w oczy i w ogóle brzydkie jest
dla nich to, co robi, ale ja go uwielbiam, a ten okres należy do najlepszych w
jego karierze. I fakt, miewa beznadziejne kadry, gubi proporcje, czasem za
kwadratowe to wszystko, ale i tak miłe jest dla oka. Tym bardziej na tle tych okładek. A kolor Hollingswortha,
jednego z moich ulubieńców, jeszcze to podkręca.
Więc warto. Warto zamiast kiepskiego filmu i by
zmazać niesmak po nim. Nie jest to wielkie dzieło, rozrywka tylko, ale bawiłem
się dobrze. Lepiej, niż myślałem. No i dlatego z czystym sercem polecam.




Komentarze
Prześlij komentarz