COGITO
ERGO DOLEO
Za starzy
by tańczyć pogo, pogo, pogo
Pogo,
pogo, pogo, pogotowie już jedzie
I
wszystko będzie dobrze
No pomóż
Boże
Lecz
nawet Bóg już nic nie może
Lecz
iskra czasem w środku się zapala
I taka
jurność w ciele, w ciele się zbiera, cholera
I taka
miłość dzika w serce im się wdziera
O Boże
być może trzeba by choć jeszcze raz dać czad
- Dr Misio
Kartezjusz rzekł kiedyś Cogito ergo sum – myślę,
więc jestem. Ktoś inny – kto, nie zdołałem się dowiedzieć – powiedział Cogito
ergo doleo, co można przełożyć, jako myślę, więc cierpię / jestem
przygnębiony. I ta druga sentencja chyba najlepiej oddaje przygody Punka
Ogito, bohatera wierszy Kazimierza Kyrcza Jr., który przemierzając współczesny
świat, współczesną Polskę co prawda, ale dla niego to, jak świat cały mam
wrażenie, częściej spotyka się z tym, co złe, co bolesne, niż z tym co dobre. Większość
to dla niego rozczarowania, niespełnienie, wieczny zawód. No i same wiersze
Kyrcza, jakby idąc tym tropem, też nie są jakoś do końca spełnione, celując w podobny
do herbertowskiego biały wiersz, ale bez takiej liryki inwokacyjnej, jak u
niego, nie atakują nas takim pokładem mocy, emocji i takim wyczuciem. Choć i
tak całkiem przyzwoita to poezja, czasem trochę niezdarna, czasem coś w sobie
mająca. Wiadomo, wolę jednak klasykę, twory z czasów, kiedy nawet potoczne i
żartobliwe kwestie podawało się z rozsmakowaniem słowem i jakimś takim
lingwistycznym pięknem, jednak jak na współczesną rodzimą poezję, Kyrcz dał
radę.
Punk Ogito. Podstarzały punk, który nadal swojej
punkowości nie zatracił, nie zatracił siebie, ale świat się zmienił, świat
poszedł na przód, a on z każdym krokiem przekonuje się, że coraz mniej
gdziekolwiek pasuje. Że nie odnajdzie znajomych z dawnych lat, nie reaktywuje
kapeli, że w stolicy nawet gdyby Sex Pistols wrócili, on by nie wytrzymał. A
wytrzymywać trzeba wiele rzeczy, od inflacji, przez którą garnek coraz częściej
pachnie kapusta, po moczenie łóżka, jak za dzieciaka, ale teraz już nie na
trzeźwo. Więc Ogito chodzi i szuka, jeździ i szuka, odwiedza, przeprowadza się,
czasem pofilozofuje, czasem da komuś w mordę i… No stara się żyć po swojemu.
Do poezji podejście mam w zasadzie dość proste: to
powinno być coś ponadczasowego, ponad podziałami, coś uniwersalnego, co potrafi
trącić coś emocjonalnie, ale i intelektualnie. No i nie mówię, że tego u Kyrcza
zabrakło, bo się stara i jest tu parę takich szczerych i trafionych prawd dla
każdego, ale jednak jest przede wszystkim pewna specyfika, pewna taka swojskość
to raz. Dwa – wszystko osadzone jest w pewnych konkretnych ramach, konkretnej perspektywie
bliskiej szczególnie współczesnym 40. i 50-latkom, najlepiej tym z punkowymi
klimatami zaznajomionymi. No i ja nawet się wpasowuje, bo z muzyką punkową (ale
nie subkulturą – subkultury to idiotyzm) zawsze mi po drodze i lubię, a i
wiekiem blisko mi do tego wszystkiego. A mimo to aż tak wiele tu nie poczułem, jak
oczekuję od poezji. A na pewno nie poczułem dreszczy, nic mnie nie trzepnęło,
nie telepneło, a przy poezji (choćby Miłosza) potrafiło mną telepnąć solidnie.
Bywa.
No bo chociaż w całym tym odniesieniu do Herberta
można by się doszukiwać sporych ambicji, jego poezja jest prosta. A często zbyt
prozatorska, zamiast liryczna. Owszem Kyrcz sprawia wrażenie, jakby chciał
podjąć polemikę z Panem Cogito, ale z poziomu nizin, wulgarności i
współczesności. I zamysł to ciekawy, acz nie do końca spełniony. Zabrakło poetyckiej
wielkości, takiego połączenia słów, które nawet z wulgarności czy niskości,
wycisnęłyby piękno i krwistość. Ale doceniam, że jednak nie jest to
bezrefleksyjne i że fajnie uchwycony został tu swojski koloryt i taki sentyment.
No bo chyba każdy z nas zna takich, jak punk Ogito. Nawet w mojej mieścinie
jest kilka takich indywiduów, którzy od czasów nastoletnich pozostali tymi
samymi punkami, wciąż w tych samych ciuchach, z plecakiem brzękającym butelkami
z alkoholem na plecach, z irokezem na głowie idących pić gdzieś na zielone
tereny, wciąż robiąc wszystko do tej samej muzyki, olewając system, pracę,
interakcje społeczne… Sami pewnie dobrze wiecie, a ich widok, jak wiersze
Kyrcza, przypomina o świecie, którego już prawie nie ma.
Summa summarum, nie wybitne, nie porażające, ale
całkiem przyzwoite to dzieło. Drugi tomik punka Ogito, może nie ostatni, mam
nadzieję, bo jednak chętnie bym tu wrócił. Bo jednak coś tu znalazłem, czasem coś
mi bliskiego – ot choćby to, że się Ogito z Warszawą nie lubi zupełnie, jak ja
– czasem coś przyjemnie sarkastycznego. Więc mimo pewnego sarkania, nie żałuję.

Komentarze
Prześlij komentarz