FRACTURED
AS WHOLE
Ja i „South Park”. No tak się złożyło życiowo, że
lubię, ale jakoś z serialem dużo do czynienia nie miałem. Mam zabawki z
bohaterami, okej, mam nawet pełnometrażówkę – i lubię – obejrzałem też trochę
tego i tamtego, głównie te fajne specjale, jak covidowy odcinek, który
jakiś czas temu fajnie zabawił się tematem pandemii. Ale jednak to tylko ułamek
tego, czym „Miasteczko South Park” w ogóle jest. Teraz jednak w końcu pograłem
w jedną z gierek z serii, bo już od dłuższego czasu chodziło mi to po głowie, a
jakoś tak zawsze składało się, że pojawiło się cos innego albo pilniejszy
wydatek i „SP” na PC schodziło na dalszy plan. Aż w końcu sięgnąłem po
„Fractured But Whole” (swoją drogą fajny tytuł, jak ktoś nie zna angielskiego
niech wygoogla sobie co znaczy „Fractured Butthole”, bo o to przecież w nim
chodzi), sequel kultowego już „Kijka prawdy”. Dlaczego po „FBW”, a nie „Kijek”?
Bo dobra promocja, bo gierka w superhero idzie, czyli moje klimaty i bo ma DLC
– jedno o wampirach, drugie, totalnie w moim klimacie, slasherowe o obozie nad
jeziorem i tajemniczych wydarzeniach. No i rozwaliło mnie to totalnie. Humor,
kontrowersje, miodność grania… O grze naczytałem się co prawda równie wiele
dobrego, co złego, ale mnie to kupiło totalnie, narzekać nie mam tu na co a
zabawa okazała się świetna i warta swojej ceny.
O co tu chodzi? Ogólnie w skrócie tak: w South Park
źle się dzieje, a to giną koty, a to jakiś podejrzany wzrost przestępczości. No
trzeba zacząć działać, więc do akcji wkracza wiecznie milczący Nowy, dzieciak, który osiedlił się
w okolicy. I nie tylko on, bo paczka dzieciaków, pod wodzą przebranego za Szopa
przywódcy, porzuciła już zabawę w fantasy i teraz weszła w
superbohaterszczyznę. No i razem ruszają do akcji, w miasto pełne
szóstoklasistów, którzy chcą im obić gęby i całej masy innych wrogów.
Jednocześnie Nowy ima się kolejnych zadań, a to próbując zdobyć trochę sławy za
pomocą szopstagrama, to znów rozklejając plakaty komika czy zajmując się
zleceniami od policji, która na dzieciaka zwalić woli czarną – w tym wypadku dosłownie
i w przenośni – robotę. I powoli zbliża się do poznania wielkiej prawdy (także
o sobie) i wielkiej konfrontacji ze złem!
Świetna, kontrowersyjna – choć moim zdaniem za mało, można było sobie darować niesmaczne elementy pokroju lap dance w wykonaniu dzieciaków, a postawić na więcej szokujących elementów w ogóle – i balansująca gdzieś na granicy poprawności politycznej (a poprawność przy obśmiewaniu... no tak się nie da) i naśmiewają się z niej gierka, której dzieciom do rąk bym nie dał. No ale trzeba zauważyć, że to jednak produkcja dla tych, którzy mimo wieku dziećmi pozostali. Bo to właśnie takie pokazanie dzieciństwa, ale bez różowych okularów, za to z podkręceniem tego, co wulgarne, obrzydliwe i w sumie najgorsze. Przeklinania, pierdzenia (to nasza podstawowa moc) czy rzygania jest tu cała masa, fizjologiczne jest to wszystko, więc nie dla wszystkich. Ale o dzieciakach, z sentymentem za czasami, kiedy zrobiło się smoka z kartonu i udawało wielką przygodę gdzieś na ulicach mieściny czy założyć pelerynkę i popindalać po okolicy, bijąc się z „wrogami”. Wszystko to oczywiście osadzone we współczesnych realiach pełnych szklonych psychologów przeprowadzających genderowe rozmowy, księży pedofilów i wieśniaków chętnych pobić dziecko (w moim przypadku próbowali spuścić wpier… za bycie cispłciową, heteroseksualną postacią, bo takich tu nie tolerują). I…
No i tak leci sobie ta gra. Tak tu ośmieszając, tu trochę jednak idąc w tę polityczną poprawność. Obrażać stara się każdego, nie boi się niewygodnie podejść do tematu – za przykład niech posłuży wybór poziomu trudności, który regulujmy… dobierając kolor skóry postaci (w skrócie: im ciemniejsza skóra, tym bardziej mamy tu przeje… no tym gorzej mamy). A sama gra to po prostu RPG: miasteczko pełne domków i ludzi, pełne wrogów do pokonania i znajdziek. Tu dostaniemy zlecenie szukania plakatów dla fana boy love, tam misję zdobycia prezerwatyw dla staruszka, w śmietnikach znajdujemy przydatne drobiazgi do budowania artefaktów, które nas wzmacniają, w domach i garażach, w klubach ze striptizem i barach też, w lodówkach jedzenie, które przydaje się w walce. Mamy rozwój postaci, ale w sumie dość zbędny, tylko te zmienianie artefaktów by podnieść sobie moc wymaga jakiegoś naszego działania, reszta robi się sama. Z czasem odblokowujemy kolejne umiejętności i postacie, dzięki czemu będziemy mogli dostać się po sekrety, do których wcześniej nie mieliśmy dostępu, zdobywamy kolejne kostiumy, dzięki czemu możemy fajnie personalizować postać i zmieniać jej wygląd w trakcie i… I tak mija nam jakieś dwadzieścia godzin grania z hakiem, a mija szybko, bo gra wciąga, jak choroba i ciągle mówimy sobie że jeszcze tylko to znajdę, tamto zrobię, bo chwilę zajmie i oderwać się nie da. Fajny jest też system walki, turowej, coś z j-RPGów, ale bardzo przyjemnie wykonanej. No i oprawa graficzna, która robi robotę, pozostając wierna serialowi.
Wpadki? Błędy? Jakieś lagi czy cokolwiek? Mi się
nie trafiły. Raz tylko zniknęła mi siatka pola walki po zastosowaniu
pierdnięcia cofającego czas, ale to był jedyny przypadek. Reszta leciała
płynnie i miodnie (acz można pomarudzić, że wersja ze Steam i tak wymaga
launchera Ubifotu, który jest do bani). No i jeszcze te fajne DLC wspomniane na
początku, czyli dodatkowe kilka godzin zabawy. I tylko nie rozumiem czemu ta
gra waży prawie trzydzieści giga, bo jednak wszystko tu jest proste i nie
wydaje się aż tak wymagające, a na pewno nie tak wielkie. No ale bywa. Ważne,
że zabawa jest świetna i potraci tak rozwalić, jak i zniesmaczyć (choć mogłaby
być mocniejsza, wiadomo). Więc nie żałuję. Pewnie zresztą jeszcze tu wrócę. A i
na pewno, jak tylko nadarzy się dobra cenowo okazja, zagram w „Kijek”. Tam
podobno jest bardziej kontrowersyjnie.





Komentarze
Prześlij komentarz