Visa tranzytowa – Nicolas de Crécy

PODRÓŻ ŻYCIA

 

Komiks podróżniczy. Kiedy pada to hasło, chyba z miejsca myślimy o komiksach Guya Delisle’a. Bo któż robi lepsze, bardziej znane i rozpoznawalne komiksy w tym temacie od niego? No właśnie nikt, acz „Visa Tranzytowa” też momentami pewne wrażenie wrażenie. Czasem czułem się, jakbym czytał „Bośniackiego płaskiego psa”, chociaż to zupełnie inna bajka przecież – podobnie jednak czuło się, że coś wisi w powietrzu, choć działy się rzeczy dość zwyczajne. A czasem czułem, jakbym wszedł do z jednej strony typowej rzeki frankofońskiego komiksu, ale jednak takiej z większym artystycznym zacięciem - przynajmniej od strony graficznej. Efekt finalny okazał się całkiem udany, chociaż jednocześnie czuć tutaj przerost formy nad treścią.

 

Jest rok 1986, lato. Kilka miesięcy wcześniej doszło do wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Ale to było kilka miesięcy wcześniej, a teraz, jest teraz. Teraz jest czas, by dwudziestoletni wówczas Nicolas de Crécy, wraz ze swoim kuzynem, wybrali się w podróż. Mają tylko starego Citröena Visę, wrak właściwie. I ten wrak wypełniają wszystkim, co miało im się przydać – książkami, śpiworami i tymi podobnymi rzeczami – i w drogę. A droga jest daleka, od Włoch, przez kraje dawnego Bloku Wschodniego, po Turcję. Ale co ta podróż pozwoli im odkryć?

 

Obszerny to komiks. Cegła taka. Może ilość stron jakoś w dzisiejszych czasach nie imponuje szczególnie mocno, bo co to jest czterysta coś, prawda? Na rynku mamy całą masę albumów liczących 500, 600 i więcej stron – zbiorcze komiksy amerykańskie, mangi, nawet polskie albumy mogą się pochwalić takimi osiągnięciami – ale jednak kiedy patrzy się na ten tom, kiedy bierze się go w ręce, no robi wrażenie. Spore jest to to – 210 x 280 mm – drukowane na grubym papierze offsetowym, zamknięte w twardej oprawie, wygląda, jakby tak na oko było ze dwa razy grubsze, niż w rzeczywistości. Więc tak, już samo wydanie robi wrażenie. Ale ważniejsze jest to, co w środku i kwestia czy też tak dobrze i monumentalnie wypada. A tu już tak super nie jest.

 


To, o czym opowiada ten album, to, co stanowi główną oś fabularną, to właściwie pretekst do głębszych rozważań. A raczej pretekstem powinno być cały czas, a dla autora staje się nim raczej miejscami, więc w efekcie nie da się powiedzieć, że to dzieło jakoś głębokie, że odkrywa nowe, niezbadane lądy, choć zarazem doceniam samą chęć pogłębienia tematu, potraktowania podróży jako alegorii – sami już odkryć musicie, czego, bo wszystko, jak zawsze, zależy od odbiorcy. Jednak bardziej czuć takie sentymentalne wspomnienie podróży ku dorosłości, takie nostalgiczne, niby przez brud i trudy, ale jednak... No takie coś, jak w Polsce ciepłe wspomnienia o komunie. Jednocześnie cała ta relacja jest dość luźna, swobodna, czasem iście szalona, abstrakcyjna, jakbyśmy na chwilę towarzyszyli bohaterom „Las Vegas Parano”. Bo jest tu i realizm, i coś onirycznego. Coś zwyczajnego, i coś szalonego. Ale w tym wszystkim zatraca się gdzieś emocjonalny wydźwięk. Bo autor niby idzie w te emocje, unikając zbytniego zanurzania się w politykę, choć ta obecna jest zawsze, ale jakość niewiele się tu czuje. Niby próbuje pokazać intelektualną stronę tego komiksu, tej wyprawy i siebie samego, ale jest to strona w ostatecznym rozrachunku prosta i dość płaska - miała robić duże wrażenie, a na mnie nie zrobiła. 

 


Podoba mi się za to taka jakaś swojskość tego komiksu. Bo dużo tu swojskich widoków, Polska też jest w albumie wspomniana, dużo takich elementów bliskich europejskiemu czytelnikowi. Ale też i dostajemy coś ponad to. Coś niezwykłego, coś egzotycznego… I właśnie tu podobają mi się najbardziej ciekawostki z obcych krajów czy czasów, niby oczywisty drobiazg a zawsze fajny. Szkoda tylko, że czasem rzecz jest zbędnie przegadana - akurat przegadane komiksy lubię, o ile z  tej paplaniny coś wynika, jest ciekawa i ma w sobie emocje, tu często mi tego brakowało, zostało gadanie jako próba podkręcenia intelektualnej strony historii, acz próba najczęściej nieudana. Za to wszystko to zilustrowane kreską, która ma w sobie i realizm, i jakieś takie szarpane, rozedrgane emocje, a jednak i piękno. Ma też świetny kolor, z jednej strony barwny, z drugiej dobrze oddający szarą często rzeczywistość. I wpada w oko.

 

W skrócie: niezły komiks, zachwycający graficznie, ale fabularnie czasem nużący i niespełniony. Jest przyjemnie, ale były zadatki na coś zdecydowanie większego.

Komentarze