Cymanowski młyn - Stefan Darda, Magdalena Witkiewicz

DO PRZECZYTANIA I ZAPOMNIENIA

 

Stefan Darda to zdecydowanie mój ulubiony polski autor horrorów. Serie Czarny Wygon i Dom na Wyrębach dostarczyły mi solidnej dawki dobrej rozrywki, świetnie też bawiłem się czytając jego zbiór krótkich form Opowiem ci mroczną historię i nawet thriller Zabij mnie, tato – a gatunek ten uważam za wyeksploatowany i prawie niewart już uwagi – nie zawiódł. Jak więc mogłem nie sięgnąć po najnowszą powieść autora? I cóż z tego, że napisaną wspólnie z pisarką mi nieznaną (choć dość popularną – polską literaturę współczesną najczęściej omijam jednak szerokim łukiem). Opis brzmiał nieźle, typowo, może nawet sztampowo, ale taki przecież ma być horror. Okładka wyglądała nie najgorzej. Ale środek to już zupełnie inna sprawa. Widać, że Darda miał w całości zdecydowanie mniejszy udział, niż Witkiewicz, a nie tego się spodziewałem. I chociaż całość nie jest do końca złą lekturą, na kolana tym bardziej nie powala.

 

Fabuła Cymanowskiego młyna jest standardowa i nieskomplikowana. Oto w małżeństwie Moniki i Macieja nie dzieje się najlepiej, a wręcz dzieje się źle. W poradzeniu sobie z kryzysem i rozpaleniu dawnej iskry ma im pomóc wyjazd do pensjonatu – położonego oczywiście na niemal całkowitym odludziu gdzieś na Kaszubach. Ale, jak się można spodziewać, pobyt tutaj nie jest sielanką. Małżonkowie nie zapominają o tym, co działo się i dzieje w ich życiu, Maciej nagle musi wracać do tego, co zostawili, a jakby tego było mało syn właściciela pensjonatu okazuje się bardzo przypominać ex narzeczonego Moniki i wrażenie to pogłębia się z każdym dniem. A to zaledwie początek, bo obok problemów życiowych, pojawiają się te bardziej niezwykłe i niepokojące. Coś dzieje się w tym miejscu, a przeszłość próbuje upomnieć się o swoje. I bynajmniej nie jest to przeszłość spokojna i bezkrwawa…

 

Największym problemem, jaki mam z tą powieścią jest styl Magdaleny Witkiewicz – i to nie tylko styl samego pisania (choć mamy tu proste, niebyt złożone zdania i brak rozsmakowania w samym pisarstwie), ale też i konstrukcji historii. Bo nie ulega wątpliwości, że to ona odpowiada za stronę obyczajową Młyna, a ta nie dość, że okazuje się mocno nijaka, to jeszcze przeważa nad pozostałymi wątkami. Sam temat jest sztampowy, tak jak i jego wykonanie. Bohaterowie skrojeni zostali w sposób prosty i jakby według wzorów literatury kobiecej. Ich psychologia jest nieskomplikowana, a relacje między nimi uchwycone są niczym w powieści obyczajowej, graniczącej z romansidłem – nie romansem, a romansidłem właśnie. Sporo w tym naiwności, jeszcze więcej stylistycznej powierzchowności, choć nie przeczę, że zdarzają się lepsze momenty. Ich jednak jest za mało, by ta strona książki mnie kupiła.

 

Lepiej robi się jednak, kiedy na scenę wkracza Darda, który przynosi ze sobą lepszy klimat, więcej mroku, tajemnic i grozy. Robi się też ciekawiej, w końcu coś zaczyna się dziać (u Witkiewicz też niby się działo, a jakby nie działo się nic) i nawet jeśli to wszystko było już po wielokroć, wypada lepiej niż cała reszta. Tak jest jednak dopiero w ostatnim akcie powieści, gdy Darda nie ma już możliwości zaatakowania nas większą dawką grozy, więc czytelnik kończy całość z uczuciem, że czegoś tu zabrakło. A szkoda.

 

Tak czy inaczej jednak nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać. Cymanowski młyn to po prostu książka jakich wiele; nie do końca obyczajowa, tym bardziej nie psychologiczna, bo na to za prosta, ale też i nie do końca horror. Ot kolejna powieść z dreszczykiem, którą czyta się szybko i bez większych emocji. Coś stricte dla miłośników gatunku (tudzież obojga autorów), do niezobowiązującego rozerwania się i zapomnienia.

Komentarze