Gateway: Brama do gwiazd / Za błękitnym horyzontem zdarzeń – Frederik Pohl

PODRÓŻ W NIEZNANE

 

Frederik Pohl. Każdy fan fantastyki zna to nazwisko. Autor w sumie kultowy, doceniony, nagrodzony. Ale jakoś zawsze miałem problem z jego prozą. Sięgnąłem po kilka powieści, kilka krótszych tekstów, które pojawiały się to tu, to tam, w kilku fajnych antologiach, jak „Rakietowe szlaki”, „Droga do science fiction” (świetna, zapomniana już seria, którą można by wznowić, bo pokazywała nam powstanie i rozwój SF, ale głównie poprzez znaczące opowiadania z każdego okresu istnienia tego gatunku) czy „Rakietowe dzieci” albo magazynach pokroju „Nowej Fantastyki”. Poczytałem, poznałem różne jego oblicza i jakoś tak zawsze niedosyt. Bo niby dobre pomysły, niby pisarstwo też całkiem na poziomie, ale często te pomysły okazywały się zmarnowanym potencjałem i taką powierzchowną robotą, w której rys psychologiczny postaci niemal w ogóle nie istniał. No i „Gateway”, jedna z najbardziej znanych prac Pohla, też częściowo cierpi na te bolączki. Choć nadal jest to całkiem niezła i warta poznania seria, której pierwsze dwa tomy zostały zebrane w tej książce.

 

Głównym bohaterem opowieści jest niejaki Robinette Broadhead, mężczyzna, który chciałby przeżywać przygody i odkrywać, ale nie ma na to szans. Więc żyje na przeludnionej Ziemi, haruje i… I pewnego dnia wygrywa na loterii dzięki czemu dostaje szansę polecieć na Gateway – planetoidę, jaka została po obcej rasie kosmicznej. O rasie wiele nie wiadomo, o Gatweway ludzkość wie jedno: można za jej sprawą – a dokładniej za pomocą pozostawionych tu statków – podróżować po kosmosie. Problem w tym, że nikt nie ma pojęcia co okaże się punktem docelowym takiej podróży. Można więc spełnić swoje marzenia albo zniknąć nie wiadomo gdzie. Robinette postanawia zaryzykować i…

 

No więc to wygląda tak – Pohl ma fajny pomysł, fajnie prowadzi akcje, ale dość szybko okazuje się, że jego postacie są nijakie, a fabuła w pewnym momencie zaczyna wykazywać oznaki czy to braku większej idei na rozwinięcie, czy też może po prostu specyficznego podejścia autora, który ta, a nie inaczej sobie to wymyślił, ale ten wymysł do końca satysfakcjonujący nie jest. Więc to, co mogło być imponującą, porywającą i poruszającą lekturą, stymulantem dla umysłu, czymś pobudzającym intelektualnie i emocjonalnie, okazuje się raczej prostą, niezbyt wymagającą rozrywką. Chociaż wciąż na tyle klasyczną, a zatem pomysłową i dość dobrze napisaną, żeby nie zawiodła, kiedy się po nią sięgnie.

 

Ogólnie temat obcych został tu ugryziony z bardzo ciekawej strony, problem, że Pohl zdaje się go pospieszać, co jest dziwne, bo jednocześnie znajduje całkiem sporo czasu na swoiste zapychacze, niewiele wnoszące albo zupełnie zbędne dialogi i prowadzenie akcji w sposób właściwie zbędnie rozdarty na dwoje. Do tego pierwsza część bardziej sprawia wrażenie wprowadzenia, niż samodzielniej książki, dopiero druga rozkręca się konkretnie pod względem akcji, tempa i wydarzeń, dopowiadając sporo… No a przynajmniej wszystko to robiąc bliżej końca, bo i tu z tempem i dłużyznami różnie bywa. Więc tak trochę rozdarty jestem, tym bardziej, że rzecz pod wieloma względami przypomina mi parę rzeczy, które naprawdę lubię, jak serię „Rama” Clarke’a. Ale z drugiej strony wciąż to naprawdę niezła fantastyka, rozrywkowa, ale też i nie pusta, przywozicie napisana i zapewniająca lepszą zabawę, niż większość tego, co współcześnie się wydaje. No i jeszcze jest znakomicie wydana – bardzo ładna okładka, twarda oprawa, dwa (z pięciu) tomów w jednym. I przy okazji warto mieć na uwadze, że zgarnęła sporo nagród i wyróżnień, więc coś w tym wszystkim jednak jest, nawet jeśli nie do końca spełnione.

Komentarze