Księga ognia – Stefan Grabiński

JEST OGIEŃ?

 

Stefan Grabiński – ot kolejny twórca zaszufladkowany właściwie. Bo raz, że wpadł do szufladki horrorowej, dwa, że tam jeszcze wrzucony został do jednej, tej z grozą kolejową, horrorami o pociągach, wagonach, lokomotywach, torach i całym tym inwentarzem. A on wcale nie tylko o kolei pisał, lubił mrok, szaleństwo, deszczyk, ale często też ten przyziemny, wszystko poetycko niemal, melancholijnie, czasem erotycznie… No i mimo wszystko poza tymi najbardziej kojarzonymi z nim horrorami wielkich sukcesów artystycznych dzieła te nie odniosły, aczkolwiek istnieją. I ten zbiór fajnie pokazuje różne oblicza autora, odmienne, a jednak zamknięte w ramach tematyki związanej z ogniem. I wiadomo, różnie to wychodzi, czasem naprawdę skrajnie króciutko, że nie zdąży tekst na dobre złapać rozpędu, a już skończyć się musi, ale powiem, że jest w tym jakiś taki urok, nastrój, coś intrygującego, że naprawdę świetnie to wchodzi, pozostawiając po sobie uczucie niedosytu.

 

Ogień. Piromania. Nieokiełznany żywioł. Szaleństwo. Wśród płomieni, wśród trawiących ludzi rządz, wydarzyć może się dosłownie wszystko.

 

I o tym wszystkim opowiada Grabiński. Książka liczy sobie nieco ponad sto sześćdziesiąt stron, odejmijcie z dziesięć, bo spis treści, bo przypisy i inne sprawy, jak notka o autorze i zostanie półtorej setki, pewnie niecałe. Podzielcie to na dziewięć tekstów, bo tyle ich tutaj jest, a przekonacie się, jak krótkie są to opowiadanka. Okej, czcionka do największej nie należy, więc trochę treści jest, ale sporo też zdarza się po macoszemu. Bo widać, że Grabińskiego fascynowało szaleństwo, chciał je zgłębić i zgłębić czasem na stronach próbuje, ale okazuje się jednocześnie, że dość powierzchownie mu to wychodzi. Czasem się udaje, czasem jakby chciał, a nie był w stanie, chociaż to zdecydowanie powinno stać się punktem danego tekstu. Ale…

 

No właśnie, i bez tego te historie dają radę. Teksty, a w szczególności sfilmowane w 1968 roku „Pożarowisko” mają w sobie posmak takich miejskich legend snutych nocą przy, nomen omen, ognisku. Nie straszą może, ale jest w nich klimat, jest pewna obowiązkowa przestroga (o konserwatywnej naturze horrorów dość bogato wypowiedział się kiedyś King i klasyka potwierdza to na każdym kroku, ta także, chociaż jednocześnie trochę się wyłamuje, przestrzegając też w zasadzie przed przypadkowymi rzeczami), ale też i rodzaj fascynacji tym, co niebezpieczne.

 

I tak wędrujemy od jednej opowieści o ogniu, do drugiej. Czasem są to rzeczy bardziej przyziemne, czasem totalnie odpływają w fantastykę czy horror, a wszystko to oczywiście w międzywojennej rzeczywistości, ale jednak nie ma tu przesadnego archaizmu. Jeśli coś jest archaiczne, to w pewien sposób styl, jakim teksty są pisane. Ale to jest jak najbardziej in plus, takie pisanie niby proste, a jednak treściwe, niby proza, ale z poetyckim zacięciem. Nie jest to literatura z wyższej półki, w taką Stefan Grabiński nie celował, jednak wypada to o niebo lepiej niż współczesna rodzima literatura grozy. Co w połączeniu z faktem, że za takie prace autor nie był szczególnie ceniony, rodzi pytania i o kondycję współczesnej prozy znad Wisły, i o to, jak zmieniły się gusta na tym polu.

 

No ale to nie miejsce ani czas na takie rozważania. Liczy się „Księga ognia”, liczą się te opowiadania, czasem horrorowe, czasem thrillerowe, to znów z erotyką czy fantastyką. A one są dobre, są przyjemne i dostarczają niby niewielką, ale jednak treściwą porcję rozrywki z dreszczykiem.

Komentarze