ŚWIĘTY
ROWEK 4: RE-GTA
Każdy fan „GTA V” pamięta, że miały być dodatki, że
miały być DLC – o zombie, o kosmitach, o Trevorze jako swoistym Bondzie, jak
się niedawno okazało – i że częściowo włączono to do wersji online, ale tylko
częściowo i jednak to nie to samo. Online, choć okazało się sukcesem i dlatego
wydawca porzucił rozwijanie gry solowej na jej rzecz, niestety ma swoje minusy
– w końcu serwery gry zostaną wyłączone, a coś wątpię by ekipa z Rockstar
zechciała dostosować te misje do wersji „offline”, że tak ją określę. Więc w
końcu sporo fajnego contentu przepadnie, nie ma co tu ukrywać (a zdarzały się
nie lada atrakcje, jak zima i szukanie Yeti) i będzie żal. I tu, tak po części,
z pomocą przychodzi „Saints Row 4”, ostatnia chronologicznie odsłona (odświeżonej wersji trójki i prequela / reboota nie liczę) serii od początku będącej jedną z kopii „GTA”, w której
dostajemy takie grandtheftowe wrażenia, ale połączone z inwazją obcych. No i w
tym szaleństwie jest metoda, bo dzięki temu zabawa z tym tworem jest po prostu
mega przyjemna.
Fabuła? Święci wracają po kilku latach od akcji
poprzedniej części, tym razem rozpier… znaczy rozwalając terrorystów. Tak nasz
bohater (albo bohaterka, dwie płcie, cztery rasy i swoboda w kreacji cech
fizycznych jak zwykle są tu dostępne) trafia w sam środek samobójczej misji,
kiedy to ci źli odpalają rakietę atomową w Waszyngton. My więc na tą rakietę wskakujemy,
ludzie się z nami żegnają, bo jak to można przeżyć, rozbrajamy co się da i…
I okazuje się, że jednak wyszliśmy cało i staliśmy
się tak sławni, że zostaliśmy prezydentem (albo panią prezydent) USA. I wtedy
dochodzi do inwazji obcych, którzy atakują nasz świat, a my… No po walce
budzimy się w dziwnej rzeczywistości, jak z sitcomu z lat 50., gdzie wszystko
ładne, śliczne, kolorowe i w ogóle, ale coś tu nie gra. No i racja, bo to taka
komputerowa symulacja zrobiona przez obcych, dlatego kiedy się wybudzamy,
stajemy znów do walki, ale tym razem
uczymy się supermocy i zaczynamy rozpierduchę na całego!
Ta produkcja to, co tu dużo mówić, czyste growe
szaleństwo. „Serious Sam” pomieszany z „Postalem 2” w „GTA”, gdyby „GTA” było
„Matrixem”. Tak w skrócie to wygląda. Wystarczy pograć z godzinkę dwie, by
zyskać supermoce, biegać szybciej niż samochody, skakać po budynkach albo nad
budynkami, spadać bez obrażeń i w ogóle. Potem jest jeszcze lepiej, bo
zamrażanie, bo wzmocnienia, bo telekineza i inne takie. Twórcy szaleją tutaj na
całego, nie wstydzą się czerpać pełnymi garściami z dzieł innych, szczególnie z
„Matrixa”, który sam z innych czerpał na granicy plagiatu (o ile jej nie
przekraczając) i bawią się tym, jak dzieciak zabawkami w piaskownicy. Wszystko
to z lekkością i humorem, czasem krwawo, czasem nastrojowo rodem z wizyt obcych
w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”… No świetnie jest i tyle, grywalne
naprawdę na poziomie, z niezłym modelem jazdy (choć gdzie temu do „GTA”) i
fajną rozwałką połączoną ze zbieractwem klasterów, które dają nam pałera.
Okej, wiadomo, gra się graficznie zestarzała. Nie
tak strasznie, jak np. dwójka, ale jednak. Zresztą już na premierę nie
wyglądała wybitnie, w 2013 roku (pamiętajmy, że wyszła jakiś miesiąc przez „GTA
V”) mieliśmy masę o wiele lepiej wyglądających gier, ale nadal nie jest tak, że
chciałbym narzekać. Bo wciąż ma to klimat, wciąż nieźle wypada, w oczy nie
kłuje, a nie oszukujmy się, miasto nocą, zalane światłami wypada przyjemnie
nawet ponad dekadę później (przemilczę wygląd postaci, bo ten mógłby być
lepszy, ale co tam, i tak widzimy głównie plecy bohaterki, a na npc-ów uwagi większej
nie zwracamy, chyba, żeby ich zabić albo okraść).
W skrócie: miodna gierka. Jeszcze z całkiem fajnymi
dodatkami – szczególnie ten świąteczny konkretnie wpasowuje się w mój klimat.
Masa możliwości kreacja postaci, fajna muzyka w radiu („I Don't Want to Miss a
Thing” w scenie na rakiecie atomowej robi robotę no), z możliwością tworzenia własnych
playlist do odtwarzania, spory zestaw broni i zdolności, spory odwary świat
(wiadomo, rozmiarami to nie „GTA” a bardziej „Bully”, ale jednak) i… No
wiadomo, mogło być więcej, mogło być jeszcze dłużej, bo to można w kilkanaście
godzin przejść, jeśli chcemy na szybko, ale co z tego, zabawa jest świetna i
tyle w temacie. Komu mało gto-wych wrażeń i popkulturowego pomieszania z poplątaniem
(odniesień jest tu masa, łącznie z misjami rodem z gier typu rush czy filmów
jak „Mikrokosmos”) niech bierze w ciemno, tym bardziej, że można to dostać za
grosze na wyprzedażach.



Komentarze
Prześlij komentarz