KOMIKSOWY
DÄNIKEN
„Bogowie z kosmosu”. „Ekspedycja”. Jak zwał, tak
zwał, każdy wie o co chodzi, bo chyba nie ma czytelnika komiksów nad Wisłą,
który nie kojarzyłby tego legendarnego dzieła. Kult, klasyka, ale czy klasa
sama w sobie? Sentyment mam, nie przeczę, ale uwielbieniem jakoś tej serii nie
darzę, choć powinienem, skoro składa się z właściwie wszystkich uwielbianych
przeze mnie elementów. Czytałem trochę za dzieciaka, trochę czytałem potem, już
w dorosłości, wreszcie po latach wróciłem, żeby jeszcze raz ogarnąć, ale
całość, bo nie wypada nie znać, więc trzeba doczytać, domknąć, spełnić ten swój
komiksowy obowiązek. I nadal podobne wrażenia – fajna szata graficzna, ale dość
przeciętny, typowy dla peerelu scenariusz, pełen zbędnych skrótów,
infantylizmów i zbyt szybko poprowadzonych niektórych elementów. Choć nadal ma
to swój urok, szybko się czyta i pewnie jeszcze kiedyś z ciekawości wrócę, by
przekonać się za ileś lat, jak to odbieram na kolejnym etapie życia.
Kosmici z planety Des przybywają na Ziemię, żeby
znaleźć gatunki, które można by ewoluować w myślące istoty. Chociaż na początku
średnio im to wychodzi, kolejna próba przynosi lepsze rezultaty. Ale nikt nie
ma jeszcze pojęcia, jak wiele problemów, wyzwań i niebezpieczeństw czeka i na
przybyszów, i na ich eksperyment…
Moja pierwsza przygoda z tą serią? Ciężko rzec,
może gdzieś wcześniej jakieś albumy przewinęły się przez moje dziecięce ręce,
bo sporo różnej klasyki miałem okazję w tamtych czasach choćby tylko przeglądać,
ale pierwszy, który posiadałem i który pamiętam to była „Zagłada wielkiej
wyspy”. Drugi swój rozdział tej sagi poznałem fragmentarycznie za sprawą magazynu
„Kron”. Dopiero po latach zebrałem całość, trochę poczytałem i nie zassało tak,
bym połknął wszystkie albumy. Ale w końcu się doczekały się doczytania, dopełnienia,
połknięcia tego wszystkiego w zasadzie na raz, ciągiem, żeby mieć pełny obraz
i…
I najlepsze jest to, co w środku cyklu. Pierwsze
dwa albumy jakoś nic nie rwą, końcówka to też pewne zmęczenie materiału mam
wrażenie i brak pomysłu na finał, acz daje radę, nie zaprzeczam. Niemniej seria to całkiem przyjemna, fajnie
łącząca idiotyczne teorie Dänikena, z retro fantastyczną fabułą. Scenarzyści
splatają tu wszystkie te historie o dawnych olbrzymach, przedwiecznym wybuchu
atomowym czy kryształowej czaszce, z fabułą o kosmitach wpływających na losy
naszej planety i ludzkości jako takiej, którzy zmagają się z kolejnymi
problemami, zagrożeniami i przygodami. Efekt finalny okazał się na tyle udany,
że nie tylko czyta się to szybko, lekko i całkiem przyjemnie, bo takie
zachłyśnięcie się fantastycznymi wizjami i możliwościami zawsze ma swój urok,
ale i zapewnił serii kultowy status i sławę – nie tylko w Polsce. Zresztą, choć
zrobili ją Polacy, rzecz powstała na zlecenie Niemieckie i co ciekawe, to tam w
latach 1978-1982 wydano komplet ośmiu tomów, podczas gdy w Polsce między 1982 a
1990, wypuszczono tylko siedem, zanim upadło wydawnictwo i ostatnia część nad
Wisłą zagościła lata później, najpierw w postaci dwóch fragmentów (1999 rok),
potem w wydaniu zbiorczym, wreszcie w całości (2003), a w samodzielnym albumie
dopiero w 2016 w ramach serii „Kultowe komiksu polskie”.
No i kultowe to jest, całkiem niezłe, ale i z minusami. Maniera typowa dla tamtych lat, ta infantylność, jakoś lepiej uchodzą w komiksach dla dzieci, niż w tych kierowanych raczej do starszego odbiorcy. Zbyt wiele tłumaczenia rzeczy, których tłumaczyć nie trzeba, czasem akacja pędzi zbyt szubko, czasem niewiele z niej wynika. Postacie też są dość płasko nakreślone. Ogólnie strona fantastyczna, splatanie teorii, historii i retro-SF z lekką młodzieżówką – to wyszło całkiem do rzeczy. Ale samo wykonanie jakieś takie drętwe, nie do końca płynnie. No jak większość dzieł z tamtych lat, chociaż jednocześnie była masa takich o lepszym poziomie – ot choćby Christy czy Baranowskiego, którzy może i głównie robili dla dzieci, ale było to świetne dla każdego. Tu takiej ponadczasowości i ponadwiekowości trochę mi zabrakło. Ale mimo całego tego sarkania, fajnie się bawiłem, lubię naiwność dawnej SF i ten trochę kiczowaty feeling polskich peerelowskich komiksów. No i lubię rysunki Polcha, który z realizmem, ale i lekkością, fajnie to wszystko dopełnił. W skrócie: niezła zabawa, z poszczególnymi tomami, które można w zasadzie czytać niezależnie, ale jednak najlepiej jako całość, bo to jedna długa opowieść, która miała zadatki na coś zdecydowanie lepszego, acz i tak warta jest poznania. Ot choćby z ciekawości.




Komentarze
Prześlij komentarz