Far Cry: Primal (PC)


SPACERKIEM PO EPOCE KAMIENIA ŁUPANEGO

 

I kolejna gra doczekała się, bym w końcu, po długich latach w nią zagrał. Szukałem czegoś w sam raz na skwar i wakacje, czegoś z przygodami, fajnymi widokami i w ogóle, a że ja zawsze odległą przeszłość lubiłem, czasy epoki lodowcowej i dalej, do dinozaurów i jeszcze w odleglejsze czasowo rejony (jako dzieciak wychowany w latach 90. nie mogłem nie przeżyć dino-mody, która wtedy eksplodowała), wybór padł na „Far Cry: Primal”. Ja wiem, że seria jest kultowa i ceniona, ale w swojej growej karierze tylko w jedynkę grałem, choć mam tego parę części czekających, bym w końcu się w nie wgryzł. Ale na razie wgryzłem się w część o czasach mamutów i tygrysów szablozębnych i nie żałuję, bo bawiłem się przednio.

 

10 000 lat przed naszą erą myśliwy Takkar traci na polowaniu swoich towarzyszy. Od teraz czeka go jednak nie samotność, a walka o przetrwanie i rozbudowę plemienia Łindźa w świecie pełnym wrogów i dzikich stworzeń. Czy mu się to uda?

 

„Primal” jest dla mnie, jak „The Forest” – jedna z tych gierek, który absolutnie uwielbiam. W obu akcja dzieje się w otwartym świecie (tu kawałek lądu otoczony przez góry, tam wyspa), gdzie głównie jest ciepło i spoko, ale w górach marzniemy i musimy posiłkować się ogniem. Tu i tam, sama rozgrywka opiera się na zbieraniu zasobów, odkrywaniu schematów kolejnych broni, zakładaniu kolejnych obozów, w których możemy zapisać stan i walce z wrogami – forestowe kanibale zostały tu zastąpione przez wrogie plemiona, ale kanibali też wśród nich nie brak. Tylko cele się różnią, bo w „Forest” w dużej mierze chodziło o odrywanie zagadki, tajemnicy rodem z horrorów i SF no i survival, tu bardziej mamy symulator życia w prehistorii, pomieszany z pełną akcji przygodówką. A mimo to, mimo tych podobieństw, nie czułem, że to kopie – ot po prostu dwie, bliskie sobie, ale jednak odmienne gry, zbliżone do siebie, bo oparte na podobnych zasadach. No a przy okazji „Primal” urzekł mnie oprawą wizualną, wyśmienitym operowaniem oświetleniem, a i całkiem spory świat do zwiedzania też nie okazał się zawodem, choć trochę to wszystko było monotonne.

 


No i monotonność to największy minus gry. Ja wiem, że gracze narzekali najbardziej na zbieractwo, ale na czym miała opierać się produkcja o czasach, gdzie zbieractwie i łowiectwo były podstawami egzystencji? Tu fajnie to zrobiono, fajnie wykorzystano też siły natury, bo marzniemy, bo możemy się zapalić (rośliny czy rzeczy dookoła nas też, więc kiedy płonie trawa bywa ciekawie…), bo musimy jeść albo spać, żeby się regenerować. Robimy przynęty, swoiste bomby z osami albo trującymi substancjami. Dużo jest tu takich elementów, jednocześnie cały czas wykonujemy kolejne zadania, najczęściej typowe typu wybić wrogów i przejąć teren, znaleźć coś czy czegoś się nauczyć albo zbudować, czasem jednak są mniej typowe: narkotyczne wizje typu tej, gdy mamy zniszczyć Księżyc albo, gdy szukamy przyczyn zatrucia wody. I cały czas odblokowujemy i wzmacniamy kolejne zdolności, podkręcamy naszą broń, do tego oswajamy zwierzęta, które pomagają nam w walce, polowaniu na zwierzęta czy nawet służą za środek transportu.

 


I może to i monotonne, może wielkich możliwości tu nie ma, a sceneria, poza drobnymi zmianami, kiedy docieramy w góry np., albo tych wywołanych rytmem dobowym, pozostaje do siebie podobna, ale jakoś mi ta gra weszła. Fajnie żyło mi się i spacerowało po tym świecie sprzed wieków, czasem brutalna była to przechadzka, czasem zabawna, w sam raz na wakacyjną przygodę z gierką, wcale nie tak krótką, choć dającą też możliwości szybkiego jej przejścia dla tych, którzy nie przepadają za zbyt długim włóczeniem się po otwartym świecie. I wiem, że oceny gra ma różne, głównie dość średnie, ale dla mnie świetna, warta ogrania pozycja i tyle w temacie.

Komentarze