GREAT
„DARKNESS SAGA”
„Wielka ciemność”, czyli uzupełniania komiksów z
listy „100 najlepszych powieści graficznych” zdaniem „Wizarda” ciąg dalszy.
Klasyczny, kultowy i ceniony, choć nieco już zestarzały event od DC od lat
wciąż doczekuje się kolejnych edycji, mniej lub bardziej kompleksowych, a po
polsku rzecz wyszła w ramach kolekcji „Bohaterowie i złoczyńcy” i to w świetnym
wydaniu, składającym się w zasadzie z dwóch tomów – albumu „Nadciągająca
Ciemność”, czyli swoistemu wstępowi do wydarzenia oraz albumu z samym eventem.
Tego albumu. Fajnej ramotki jeszcze z czasów sprzed „Kryzysu na nieskończonych
Ziemiach”, po który sięgnąć jest absolutnie warto.
XXX wiek. Legion Superbohaterów staje przed nowym
wyzwaniem – zagadką zniszczeń i kradzieży dokonywanych przez dziwne, podobne
sobie istoty. Każda z istot w trakcie swoich czynów mówi o nadchodzącej
ciemności, ale nikt nie spodziewa się, jak wielkie będzie to zagrożenie…
Wiecie, że przed rokiem 1982 DC nie porwało się na
to, by regularny numer jakiejkolwiek serii miał podwójną objętość? Serio. Były
annuale, były jakieś speciale czy pogrubione numery po zmianie formatu, ale
żeby regularny zeszyt? Nie, takich cudów nie było aż do czasu, kiedy wyszedł
294 numer „Legionu Superbohaterów” z finałem „Sagi Wielkiej Ciemności”. Wydawca
zrobił to co prawda trochę na zasadzie „bo konkurencyjny Marvel już to zrobił”
(w finale „Sagi Mrocznej Phoenix”), ale i tak dla wydawcy był to pewien kamień
milowy. A i podkreśla to znaczenie, rozmach i siłę oddziaływania tej historii.
Przecież byle pierwszej lepszej opowieści nie wcisnęliby podwójnego zeszytu –
przynajmniej nie w tamtych czasach.
Więc tak, serio jest to opowieść znacząca, z
rozmachem i w ogóle. Spore komiksowe wydarzenie z czasów, gdy eventów jako
takich nie było, docenione wtedy, i cenione nadal („Wizard” umieścił je wyżej
na swojej liście, niż np. „Rękawica nieskończoności”, „X-Men: Bóg kocha,
człowiek zabija”, „Daredevil: The Man Whitout Fear”, „Doom Patrol”, „Batman:
Długie Halloween”, „Kryzys na nieskończonych Ziemiach” czy „Azyl Arkham”). Ale
w dzisiejszych czasach jest z nim spory problem – to co na początku lat 80. XX
wieku było wielką tajemnicą tej historii, czyli kto okaże się głównym złym, w
naszych czasach jest tak oczywiste, że nawet jeśli ktoś nie miałby pojęcia,
dostaje to już na samej okładce, niezależnie od wydania tego komiksu. Szkoda,
bo sekret umiera, nim się pojawia, co nie zmienia faktu, że komiks świetnie się
czyta. Dobra, treściwa robota z rozmachem, grupowa walka z wielkim złem,
widowiskowa i z porcją dramatyzmu. Patosu też.
Paul Levitz, wspierany przez Keitha Giffena, wspina
się na wyżyny swoich możliwości – a i na wyżyny wynosi „Legion Superbohaterów”.
A Giffen, jak to Giffen, wszystko to narysował (z pomocą Larry’ego Mahlstedta)
dość klasycznie, ale z taką manierą pewnej niewprawności, typową dla jego
realistycznych prac (wolę go w wykręconych, kanciastych, pełnych zbędnych
detali i cartoonowości grafikach w stylu „Lobo: Dzieciobójstwo”, ale i tu daje
radę). Z tym, że w tej niewprawności jest dużo uroku, klimatu i ta oldschoolowa
siła wyrazu.
W skrócie: nic, tylko brać. Może i największe
zaskoczenie tomu zostaje nam zepsute już okładką, może i to ramotka, ale nadal
znakomita. A na tle współczesnych komiksów doskonale pokazuje różnicę poziomów,
bo współczesne wydarzenia od DC już od paru lat prezentują niestety dość mierny
poziom. a tu jeszcze mamy to wszystko znakomicie wydane (z dwoma annualami
stanowiącymi nie tyle epilog, ile sequel całej historii), dodatkami, twardą
oprawą i w fajnej cenie. Dobrze, że rzecz wyszła w po polsku ramach „BiZ”, a
nie „WKKDC”, bo w tej drugiej edycji zebrano tylko główne zeszyty, może i uzupełnione
o debiut Legionu w „Adventure Comics #300”, ale bez tego fajnego ciągu
dalszego, który tu mamy. Więc każdy, kto lubi dobre, klasyczne supehero, niech
koniecznie sięgnie.



Komentarze
Prześlij komentarz