Mamy już wakacje, a Pilipiuk to taki pisarz,
którego proza na wakacje nadaje się wprost… Okej, nie powiem, że doskonale, ale
jednak dobrze. Bo to taka prosta, niewymagająca literatura, nieważne czy
skierowana do dorosłych, czy do dzieci, zawsze podobnie pisana – krótkimi
zdaniami, trochę infantylnie, niespójnie też trochę, bo Pilipiuk, jak pisze
powieści, to jakby składał je do kupy z kilku krótkich form, ale jednak z
urokiem zaserwowana. I taka jest „Okiść”, drugi tom serii zapoczątkowanej
„Przetainą”, która skończyła się zbyt szybko i w zbyt dobrym fabularnie
momencie, by nie doczekała się kontynuacji. A ta kontynuacja trzyma jej poziom,
więc komu się podobało, może brać w ciemno, komu nie podeszło, śmiało może
darować, bo nie spodoba mu się nic i tym razem. A kto nie czytał, a Pilipiuka i
jego prozę lubi, może sięgnąć, ale nie bez poznania pierwszej części.
Wszystko poszło nie tak, posypało się to, co miało
stać się nową nadzieją, ratunkiem. Teraz niedobitki, ot trójka dzieciaków
ledwie, stara się przetrwać. Ale czy zdoła? A zagrożeń przybywa…
Co by o Pilipiuku nie mówić, choć nazywany bywa
ciągle grafomanem, a i sam nie stroni od używania tego przydomka, to taki
sprytny kuglarz potrafiący fajnie nas oszukać. No bo tak: nie potrafi pisać w
sposób pozwalający nazwać go wybitnym autorem, a jednak ma w tych swoich
powieściach i opowiadaniach coś na tyle ujmującego, że chce się po nie sięgać i
do nich wracać. Nawet jeśli, jak ja, sarka się na nie często i krytykuje. Ot
paradoks, a może raczej taka ludzka potrzeba sięgnięcia czasem po coś
niewymagającego, pozwalającego wyłączyć myślenie, a jednocześnie mającego w
sobie i przygody, i jakąś wiedzę, i nawet przesłanie.
No i taką książką jest „Okiść” właśnie. Pilipiuk
idzie tu w fantasy – a raczej science fantasy – i postapo, ale przede wszystkim
stanowią one pretekst by zaserwować nam kolejną opowieść pełną przygód, wiedzy
i typowych dla niego klimatów – takich przaśnych, wiejskich mniej lub bardziej.
Jednocześnie wszystko to w tym tomie służy mu do opowiedzenia historii mocno
skupionej na religii, na szukaniu własnej drogi, ale też i przekazaniu
wartości. Jak w lustrze, odbija się w „Okiści” cały nas zdziczały świat, w
którym to, co słuszne, ginie w tym, co modne, a autor bierze na siebie zadanie
przekazania tego, jak jego zdaniem być powinno. I można się nie zgadzać z nim,
można zgadzać częściowo, może się też nie podobać, że często mocno
łopatologicznie w to idzie, ale sam fakt, że chce zawrzeć głębię, że stara się
przekazać te wartości, docenić warto.
Poza tym przekazuje też sporo wiedzy, jak to ma w
zwyczaju, a wszystko to solidnie podlewa fantastycznym miksem. Jest tu całkiem
dobrze skrojony świat, ze swoimi wierzeniami, systemami i ludźmi wkręconymi w
te wszystkie tryby. Jest konkretna akcja, fajne sceny bitewne, są też postacie,
jak to u Pilipiuka, proste są, ale wyraziste, skonstruowane według autorskich
schematów, znajome, jak w każdej jego książce. No i jest sprawna robota, czysto
rzemieślnicza, z czasem drętwymi, niekiedy przesadnie natchnionymi (żeby nie
rzec nawiedzonymi) religijnie dialogami. A przy okazji dostajemy ładne opracowanie
graficzne (plus super ilustracje w środku), może tak jakoś z „Diuną” się ta
okładka kojarzy, z jej ostatnią filmową adaptacją, ale ma w sobie coś miłego
dla oka.
Słowem podsumowania: można. Dla fanów to coś
wartego sięgnięcia, dla miłośników fantastyki coś, co można w przerwie od
bardziej ambitnych rzeczy. Szybko się to czyta (a książka przyjemnie pachnie papierem
z sosnowego drewna), fajnie dopełnia poprzedniego tomu, choć skupia się na
postaci Asta i zostawia furtkę dla ciągu dalszego. I chociaż nie jest to nic,
co szczególnie by mnie zachwyciło, chętnie tu wrócę, jeśli (a raczej kiedy, bo
nie wątpię, że tak będzie) Pilipiuk dopisze ciąg dalszy.



Komentarze
Prześlij komentarz