Okiść – Andrzej Pilipiuk

 PRZETRWAĆ

 

Mamy już wakacje, a Pilipiuk to taki pisarz, którego proza na wakacje nadaje się wprost… Okej, nie powiem, że doskonale, ale jednak dobrze. Bo to taka prosta, niewymagająca literatura, nieważne czy skierowana do dorosłych, czy do dzieci, zawsze podobnie pisana – krótkimi zdaniami, trochę infantylnie, niespójnie też trochę, bo Pilipiuk, jak pisze powieści, to jakby składał je do kupy z kilku krótkich form, ale jednak z urokiem zaserwowana. I taka jest „Okiść”, drugi tom serii zapoczątkowanej „Przetainą”, która skończyła się zbyt szybko i w zbyt dobrym fabularnie momencie, by nie doczekała się kontynuacji. A ta kontynuacja trzyma jej poziom, więc komu się podobało, może brać w ciemno, komu nie podeszło, śmiało może darować, bo nie spodoba mu się nic i tym razem. A kto nie czytał, a Pilipiuka i jego prozę lubi, może sięgnąć, ale nie bez poznania pierwszej części.

 

Wszystko poszło nie tak, posypało się to, co miało stać się nową nadzieją, ratunkiem. Teraz niedobitki, ot trójka dzieciaków ledwie, stara się przetrwać. Ale czy zdoła? A zagrożeń przybywa…

 

Co by o Pilipiuku nie mówić, choć nazywany bywa ciągle grafomanem, a i sam nie stroni od używania tego przydomka, to taki sprytny kuglarz potrafiący fajnie nas oszukać. No bo tak: nie potrafi pisać w sposób pozwalający nazwać go wybitnym autorem, a jednak ma w tych swoich powieściach i opowiadaniach coś na tyle ujmującego, że chce się po nie sięgać i do nich wracać. Nawet jeśli, jak ja, sarka się na nie często i krytykuje. Ot paradoks, a może raczej taka ludzka potrzeba sięgnięcia czasem po coś niewymagającego, pozwalającego wyłączyć myślenie, a jednocześnie mającego w sobie i przygody, i jakąś wiedzę, i nawet przesłanie.

 

No i taką książką jest „Okiść” właśnie. Pilipiuk idzie tu w fantasy – a raczej science fantasy – i postapo, ale przede wszystkim stanowią one pretekst by zaserwować nam kolejną opowieść pełną przygód, wiedzy i typowych dla niego klimatów – takich przaśnych, wiejskich mniej lub bardziej. Jednocześnie wszystko to w tym tomie służy mu do opowiedzenia historii mocno skupionej na religii, na szukaniu własnej drogi, ale też i przekazaniu wartości. Jak w lustrze, odbija się w „Okiści” cały nas zdziczały świat, w którym to, co słuszne, ginie w tym, co modne, a autor bierze na siebie zadanie przekazania tego, jak jego zdaniem być powinno. I można się nie zgadzać z nim, można zgadzać częściowo, może się też nie podobać, że często mocno łopatologicznie w to idzie, ale sam fakt, że chce zawrzeć głębię, że stara się przekazać te wartości, docenić warto.

 


Poza tym przekazuje też sporo wiedzy, jak to ma w zwyczaju, a wszystko to solidnie podlewa fantastycznym miksem. Jest tu całkiem dobrze skrojony świat, ze swoimi wierzeniami, systemami i ludźmi wkręconymi w te wszystkie tryby. Jest konkretna akcja, fajne sceny bitewne, są też postacie, jak to u Pilipiuka, proste są, ale wyraziste, skonstruowane według autorskich schematów, znajome, jak w każdej jego książce. No i jest sprawna robota, czysto rzemieślnicza, z czasem drętwymi, niekiedy przesadnie natchnionymi (żeby nie rzec nawiedzonymi) religijnie dialogami. A przy okazji dostajemy ładne opracowanie graficzne (plus super ilustracje w środku), może tak jakoś z „Diuną” się ta okładka kojarzy, z jej ostatnią filmową adaptacją, ale ma w sobie coś miłego dla oka.

 

Słowem podsumowania: można. Dla fanów to coś wartego sięgnięcia, dla miłośników fantastyki coś, co można w przerwie od bardziej ambitnych rzeczy. Szybko się to czyta (a książka przyjemnie pachnie papierem z sosnowego drewna), fajnie dopełnia poprzedniego tomu, choć skupia się na postaci Asta i zostawia furtkę dla ciągu dalszego. I chociaż nie jest to nic, co szczególnie by mnie zachwyciło, chętnie tu wrócę, jeśli (a raczej kiedy, bo nie wątpię, że tak będzie) Pilipiuk dopisze ciąg dalszy.

Komentarze