Z polską fantastyką dla mnie bywa różnie. A raczej
najczęściej nie bywa wcale. Z science fiction jest jeszcze gorzej. Bo dobry,
świetny, rewelacyjny nawet, jest Lem, a po Lemie długo, długo nic. A właściwie
to chyba w ogóle nic. Umarło dobre, zaangażowane, pomysłowe nadwiślańskie SF,
została czysta rozrywka, wtórność i prostota – i to nie z tych, które można
nazwać dobrymi. Bywa. Ale są jeszcze nieźli autorzy na tym polu, a Romuald
Pawlak to jeden z nich. Jego proza w moje ręce trafiła lata temu, zanim na
dobre wszedłem w to wszystko. Ot za sprawą opowiadań publikowanych w magazynach
tu i tam. Podeszły mi całkiem-całkiem, klimat niezły. Bałem się jednak jak z
tym będzie po latach. Bo i ja się zmieniłem, i proza autorów ewoluuje, a i z
długą formą Pawlaka do czynienia dotąd nie miałem. Ale jest przyzwoicie. Bez
fajerwerków, ale i absolutnie bez zawodu.
Nie tak miało być, ale tak to już w życiu bywa: nie
ta planeta była ich celem, ale niestety, doszło do błędu i ziemski statek
kosmiczny utkwił na nieznanym globie. Wszyscy mają jednak nadzieję, że w końcu
uda im się wrócić, że ktoś ich znajdzie, że stanie się cud. Ale czas mija, a cała
sytuacja staje się przyczyną podziałów. Ale nie tylko to dzieli astronautów.
Planeta jest zamieszkana, a prymitywna rasa żyjąca na jej planecie staje się
kolejną przyczyną konfliktów, bo każdy chce traktować ich na swój sposób. Pomóc
im? Jedni by tego chcieli, inni woleliby wybić autochtonów bez wyjątków. Jeszcze
inni w sumie mają ich gdzieś, bo mają swoje problemy. A problemów przybywa i
sytuacja szybko komplikuje się jeszcze bardziej. Którą droga pójdą nasi
bohaterowie? I jakie poniosą tego konsekwencje?
Pisarstwo Pawlaka to nie żadna wyższa półka.
Właściwie ta książka serwowana jest nam językiem prostym, potocznym wręcz, choć
jednocześnie nie jest to współczesne lekkie, nijakie pisarstwo, jakie mnie odstręcza.
Nie porywa też, trochę jakby na styku młodzieżówki i dorosłej powieści, gdzieś
tak ni tu, ni tam, ale i bez zawodu. Jest prostota, jest też czasem coś więcej
może tylko takie wyrobnicze pisanie, a całość, jako taka, wypada przyjemnie. Da
się w to wciągnąć – chociaż nie tak, bym nie mógł odłożyć książki na półkę i
mówił sobie jeszcze tylko jeden rozdział, zobaczę co będzie i się kładę /
biorę za to co muszę, ale też i bez powtarzania sobie okej, jakoś to
zmęczę.
Bo jednak ważniejsza niż styl jest tu fabuła. Owszem,
powieść źle podana, mimo świetnych pomysłów i dobrego rozplanowania, czytać się
nie da, ale ta źle poddana nie jest. Po prostu ważniejsza wydaje się treść,
prosta, ale takie historie, jak tu lubię. Zostało mi to z dzieciństwa a
Pawlakowi chyba też, bo jak klasycy, lubi odkrywać nowe światy, pokazywać
zderzenie nas i ich, naszej przyszłości a ich teraźniejszości, a przy okazji
bawić się w serwowanie nam kosmicznych wizji. A może bardziej w odtwarzanie ich
sobie, budowanie, jak buduje się klockami, wyobrażając niestworzone rzeczy.
Niezły w tym jest, bez efektu wow, ale jednak. No i czasem dorzuca coś więcej,
takie co nieco, bez którego dobre science fiction nie może się obejść i może
jest tego niewiele, może przydałoby się więcej filozofowania, niemniej docenić
też należy.
I co? I można. Nie trzeba, lepsze są książki, ale można. Nie wyższa półka, niższa też nie, ale jak na rodzimą literaturę środka, dobrze ro wszystko wypada, czyta się całkiem przyjemnie, niczym nie zaskakuje, finał jest jakby na siłę, jakby bez pomysłu, ale i tak miło było wejść do tego świata i rozgościć się w nim na trochę. No i podoba mi się ta nieco oldschoolowa okładka.

Komentarze
Prześlij komentarz