Włatcy móch (serial i film)

DZIEŃ DOBRY

 

Nazywam się Misio i już nie chodzę do klasy drugiej. Od paru ładnych lat. Gorzkich żali też śpiewać nie lubię, ale za to chętnie czasem popiszę to i owo. A że „Włatcy móch” wracają w końcu – stety, albo niestety, ale o tym potem – z nowymi odcinkami, to i ja wróciłem. Znaczy do serialu i filmu to już jakiś czas temu, odświeżałem sobie całość, bo miałem ochotę, ale teraz wracam jeszcze do tematu, by spojrzeć na całość z perspektywy lat, z sentymentem, a i chłodnym okiem też. Bo serial lubiłem, lubię i będę lubił, chociaż swoje ewidentne minusy ma, a im bliżej końca, tym gorzej. Ale po kolei.

 

Fabuła? Rzecz opowiada o czterech kolegach z drugiej klasy – zombiaku Czesiu, Maślanie z jego finansowym zacięciem, Konieczku, który lubi eksperymenty i naukę i tępemu osiłkowi, Anusiakowi, chłopu wiejskiemu z pokolenia na pokolenie. I ta czwórka chodzi do szkoły, gdzie męczy się z panią Frau, starą raszplą, jak ją określają, ale za to znajduje wspólny język ze szkolną higienistką, bluesową babką, której zmarły mąż, Marcel, zajmuje się Czesiem na cmentarzu. Poza tym, no cóż, ciągle coś kombinują, niszczą, wykręcają numery, to spuszczą wpier… znaczy pobiją szkolnego frajera, Zajkowskiego, to pograją w „Magicznych wojowników”, albo doprowadzą świat niemal do zagłady… Norma.

 

„Włatcy móch” to polski „South Park” i temu zaprzeczyć się nie da. Kolejna rodzima produkcja komediowa oparta na zagranicznym schemacie, z którego czerpała ile się dało, ale stawiała na swojskość. Podobny typ animacji, podobny humor, bohaterowie w podobnym wieku i liczbie, z tym, że tu nie ma Kenny’ego, który ciągle ginie, a jest Czesio, który zginąć nie może. I, jak zawsze w takich przypadkach, tak i w tym, zgrzyta to trochę, bo jednak w cenie jest oryginalność, a nie odtwórstwo, acz mimo wszystko twórcom, podobnie jak ekipie od „Świata według Kiepskich” zbudowanego na podstawie „Bundych”, udało się stworzyć coś udanego i innego w klimacie.

 

No i dlatego „Włatcy” to z jednej stron wulgarna komedia o kolejnych szalonych akcjach bohaterów, których nie ogranicza właściwie nic – jest więc swoboda gatunkowa, czasem meta, czasem stricte fantastyka, częściej wszystko bardziej obyczajowe, z jednej strony z sentymentem za dzieciństwem, z  drugiej bez naiwności i różowych okulraów, bo dzieciaki są tu okrutne, jak to dzieciaki. Może i mają swoje pluszaki – gadające i klnące, wiadomo – ale mają też zapędy do różnych akcji, łącznie z szalonymi eksperymentami na zwierzętach. W pewnym momencie jednak, już gdzieś tak w połowie serialu, zaczyna to wszystko nużyć, okazuje się wtórne, schematyczne. Nadal potrafi bawić, ale brakuje już większej inwencji, a im bliżej finału, tym słabiej. To, co było w dawnych epizodach, jak choćby satyra czy pewne prawdy przekazywane w epizodach, zniknęło zastąpione w całości przez wulgarność, koszarowy czy klozetowy humor i obrzydliwości, których w serii zawsze było dużo, ale jednak potrafiły nieść coś więcej. szkoda.

 


Ale gdzieś w międzyczasie, tak w okolicach finału sezonu szóstego, w kinach pojawił się film „Czopki, cmoki i mondzioły” i o dziwo udało się Kędzierskiemu, twórcy całości i gościowi od głosu m.in. Czesia, przekuć to, co dobrze sprawdzało się w krótkich epizodach, w długi metraż. Ba, do dziś to chyba moja ulubiona rzecz z serii. świetna historia, jak bohaterowie mając wyobrazić sobie siebie w przyszłości – i widząc siebie w przyszłości dzięki szklanej kuli – dochodzą do wniosku, że nie chcą dorastać i szukają sposobu na pozostanie dziećmi na stałe (a, wiadomo, sposób to będzie makabryczny, choć nie do końca z ich pomysłu – Zajkowski tym razem rządzi, szczególnie swoim „Nie widzisz, że mam zawód miłosny, ruska pindotrypo?!” ale to nie jedyna jego udana akcja). I chociaż jest wulgarnie, obrzydliwie i najczęściej do wyłączenia myślenia i odreagowania, ot, jak cały serial, to jednak jest tu drugie dno, w które wgryźć się można, jeśli tylko się zechce pogrzebać w tym brudzie. Mi się zechciało, po latach rzecz doceniam bardziej, niż wtedy, kiedy siedziałem na niej w kinie, piętnaście lat temu i lubię wrócić do niej raz na jakiś czas.

 

I, wiadomo, chętnie wrócę do serialu, wraz z nowym sezonem. Choć już nie tak, jak kiedyś, bo, oceniając po tym, co fani mogli już zobaczyć, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Acz szansę dam. I kto wie, może marka znów ożyje, jak w czasach, kiedy pełno było gadżetów z bohaterami, w kioskach można było kupić komiksy na podstawie serialu itp., bo może wtedy wrócą też całkiem sympatyczne gierki komputerowe z serii (a trochę ich było) albo powstaną nowe i można by się fajnie pobawić. Bo to materiał na fajną produkcję na tym polu, coś w stylu tych świetnych gierek z „South Parku”, która mogłaby okazać się sporym hitem.

Komentarze