W świecie Spider-Mana istnieje kilka klasycznych opowieści, które wciąż są kopiowane, kontynuowane czy po prostu stanowią inspirację dla kolejnych twórców. W pewnym sensie stały się już one próbą, legendą, z którą zmierzyć chce się właściwie każdy, kto zamierza dłużej pisać przygody Pająka, a niejeden krócej w tym siedzący też chce pokazać, że i on umie. Jedną z nich jest „Saga klonów”, drugą Totemy i Dziedziczący… Lista byłaby długa, ale znalazłaby się na niej też historia „Ostatnie łowy Kravena”, uważana za najlepszą spiderową opowieść w dziejach (i słusznie, choć to dwie inne historie zdobyły Eisnera, ale to już inna bajka). Kontynuowano ją wielokrotnie, przenoszono nawet na grunt innych serii, jak „Daredevil”, ale chociaż nawet ciąg dalszy zrobili sami jej twórcy, nigdy żadna z tych historii nie zbliżyła się do niej poziomem. I nie inaczej jest w fabule „Kraven's First Hunt”, która jednak jako rozrywkowy komiks środka sprawdza się całkiem nieźle i o niebo lepiej wypada niż to, co w serii serwował nam w temacie choćby Spencer.
Komiks zaczyna się typowo. Oto nastoletnia córeczka
Kravena schwytała Spider-Mana i szykuje się do zabicia go. Czy jej się to uda?
Na odpowiedź będziemy musieli chwilę poczekać, bo oto akcja cofa się w czasie,
a my obserwujemy, jak…
… dwa tygodnie wcześniej Spider-Man i Daredevil podejmują
kolejną współpracę by pokonać kolejnego wroga. Nie są świadomi, że przez cały czas
obserwuje ich jakaś postać. Wkrótce jednak przyjdzie im się zmierzyć z
koszmarem, w którym z bohaterów zmienią się w zwierzynę łowną. Czy przetrwają?
I co z tego wyniknie?
„Pierwsze łowy Karven” to porcja niezłego komiksu.
Tyle tytułem wstępu. Niezłego to jednak za mało, jak na coś o tytule
sugerującym powiązania z genialnymi „Ostatnimi łowami Kravena”. Tytule, który
jednocześnie ustawia poprzeczkę strasznie wysoko, a zarazem psuje całą
tajemnicę. Całą? Może to drobna przesada, niemniej wolałbym trochę więcej
dyskrecji, a co za tym idzie więcej zaskoczeń serwowanych na stronach tych
trzech zeszytów.
Co tu jest najlepsze? Nawiązania i niezła akcja,
dzięki czemu, choć komiks nie powala na kolana, mogę go polecić wszystkim lubiącym
te klimaty. Niestety zbyt mało w nim inwencji, zbyt wiele zapożyczeń („Daredevil:
Odrodzony” itp.) i zbyt niewiele przebłysków inwencji (nawet nazywanie
bohaterów imionami twórców przygód Spidera nie jest niczym nowatorskim, a wręcz stało się kiczowatym schematem), by uznać
go za coś więcej niż tylko niezłą zabawę. W drugim zeszycie akcja nieco nabiera
tempa i podnosi jakość, ale nadal jest to jedynie cień dawnej świetności.
A finał? Na pewno nie zawodzi, tym bardziej, że
wraz z nim zaczyna się kolejna era w życiu Petera. Nie czuć tego jeszcze, ale
tak właśnie jest. Nadal trwa „Brand New Day” i trwać będzie jeszcze długo, ale
od następnego numeru zaczynają się zmiany w postaci „New Ways to Die”. Zmiany,
które znów sporo namieszają. Na razie jednak jest jak jest. Nie najgorzej, przyzwoicie,
choć zdecydowanie zbyt prosto narysowane i nie nudzące. Jeśli kochacie Pająka,
przeczytajcie. Jeśli nie, nie macie tu za bardzo czego szukać.



Komentarze
Prześlij komentarz