PRAPOCZĄTKI
KOMIKSU POLSKIEGO
Komiks polski jaki jest, każdy zainteresowany wie.
Mamy go sporo, ale to nie jest poziom tego, co wychodzi na Zachodzie czy w
Japonii, gdzie tygodniowo na czytelników czekają dziesiątki, setki nowych
zeszytów czy rozdziałów serii, zbiorcze wydania, miliony egzemplarzy w obrocie
i megapopularne, zarabiające nawet i miliardy kinowe hity, że już o masie gier,
gadżetów, seriali i wszelkiej maści dodatków nie wspomnę. Nie zmienia to jednak
faktu, że rodzimy komiks i tak ma się dobrze, wychodzi go sporo i to
różnorodnych tytułów, a choć rzecz nadal bardziej wydaje się niszowa, bo jednak
celuje w inne, niż te sprzedające się na świecie klimaty (superhero, bitewniaki
etc. to u nas niestety albo stety mniej niż margines nawet), ma nie tylko długą
historię, ale i doczekała się kilku produkcji kinowych, gier i tym podobnych.
No i mamy też całe grono twórców darzonych kultów czy kilku rodaków, którzy podbili
świat wielkiego komiksu. I mamy też legendy, o których mało kto pamięta, jak właśnie
Franciszek Kostrzewski, jeden z prekursorów rodzimych opowieści obrazkowych,
tworzący historie zbliżone do komiksów jeszcze w czasach, kiedy twór zwany
„komiksem polskim” nawet nie istniał. I chwała za to Chmielewskiemu, że z
kronikarską dokładnością stara się opowiedzieć nam o tym człowieku i jego twórczości.
Komiks polski oficjalnie narodził się wraz z
odzyskaniem przez Polskę niepodległości – w 1919 roku – w momencie publikacji
historii „Ogniem i mieczem, czyli przygody szalonego Grzesia”. Czyli niemal sto
lat po tym, jak na przełomie lat 20. i 30. XIX wieku Rodolphe Töpffer
zapoczątkował komiks europejski. Ale wiadomo, wszystko ma swoich prekursorów i
tak, jak Töpffer czerpał z długiej tradycji sięgającej średniowiecza, a nawet
dalej, tak autor „Ogniem i mieczem” też czerpał z tego, co powstało przed jego
dziełem, a najwięcej dla obrazkowych historyjek poprzedzających komiks zrobił
chyba właśnie Kostrzewski, który już w 1859 roku zaserwował nam pierwszą swoją
historię tego typu: „Historyę jedynaczka”. Oczywiście można by się spierać o
to, kto zaczynał, komu było bliżej i co skąd się wzięło, temat rzeka można
rzec, ale to nie miejsce i czas do rozważań tego typu, liczy się po prostu, że
Kostrzewski jest jedną z legend, o których co prawda rzadko się obecnie
pamięta, ale który miał niebagatelny wpływ na komiksy polskie.
I Chmielewski, człowiek w badanie i propagowanie
wiedzy o komiksie zaangażowany, przedstawia nam historię, dzieje i twórczość
tego malarza i rysownika. A robi to w sposób profesjonalny, czyli można rzec,
że podręcznikowy, ale w bardzo dobrym stylu. Nie jest to książka rozległa, ba,
można powiedzieć, że jest oszczędna w ilości stron (170 stron w tym wypadku
dzielić należy najpierw na pół – bo mamy tu ten sam tekst podany zarówno w języku
polskim, jaki i angielskim – a potem jeszcze na pół, bo i tak połowa materiału
to przedruki prac Kostrzewskiego), ale treściwa. Autor w sposób dokładny i
szczegółowy opowiada nam o losach artysty, dopełniając ich zarysem
historycznym, a wspomniane reprodukcje „komiksów” Kostrzewskiego dopełniają
dzieła, pozwalając nam zapoznać się z jego twórczością, dziś zapomnianą. I to
cieszy, bo okazji do poznania tych historii za bardzo nie mamy, a te opowieści,
nawet jeśli archaiczne i mocno zestarzałe, powiadają wielką wartość historyczną
dla miłośników tematu.
W skrócie: znakomita pozycja. Co prawda skierowana
jest przede wszystkim do wielkich fanów i teoretyków komiksu polskiego, ludzi,
którzy nie tylko lubią czytać komiksy, ale i o komiksach, o ich historii,
przemianach, wpływach, znaczeniu i ich twórcach, ale nie zmienia to, że
„Kolacja u jedynaczka” jest wyśmienita i warta poznania.




Komentarze
Prześlij komentarz