DWADZIEŚCIA
PIĘĆ LAT NA OSIEDLU
To nie jest najlepszy komiks polski, jaki znam,
choć jednak umieściłbym go dość wysoko na top-liście rodzimych dzieł, ale na
pewno należy do najważniejszych w moim życiu. I to nie tylko jeśli chodzi o
polskie. A teraz seria ta świętuje swoje ćwierćwiecze, więc kolejna dobra
okazja, żeby sobie ją przypomnieć, że nadzieją, że Śledziu w końcu się weźmie i
zrobi ten obiecywany z dawna trzeci główny tom, gdzie podobno ma być coś o
czasach szkolnych bohaterów, ale przede wszystkim ma być w końcu wyjaśniona wielka
zagadka ze Smutnym, która od lat pozostaje rozgrzebana, choć czasem autor
podsyca naszą ciekawość rzucając takie drobiazgi, jak dodatek do albumu „KDP”
czy zapowiadanej animowanej adaptacji, nad którą osobiście siedzi Śledziński.
Ale to wszystko pieśń przyszłości – w momencie, gdy piszę te słowa, wiadomo – a
na razie mamy już niemal tę dwudziestą piątą rocznicę (dokładnie będzie to w
grudniu, ale teraz trafiamy w datę, kiedy zaczyna sie akcja serii), bo rzecz nadal robi robotę i w swojej kategorii pozostaje tworem
wciąż doskonale obrazującym pokolenie tamtych lat.
Smutny, Wiraż, Niedźwiedź, Szopa i Kundzio to
piątka przyjaciół wiodących pozornie typowy żywot młodych ludzi (pełen alkoholu, imprez
i narkotyków) w tytułowym blokowisku w bliżej nieokreślonym mieście. Osiedle
zamieszkuje masa różnych indywiduów z Ciachciarchciachem (telepatą) i Bossem
Drwalem (szefem półświatka Osiedla) na czele. I cóż więcej można powiedzieć?
Chłopaki po prostu żyją. Czasem zwymiotują w kościele, czasem zmierzą się z
dilerami, czasem spotkają duchy, to znów tajemniczego człowieka w pasiakach albo pomogą legendzie osiedlowej, która wraca po latach na stare śmieci. A
wszędzie wokół kręci się czarny kot imieniem Pazur, który czasem ma sporo do
powiedzenia…
Mój pierwszy kontakt z „OS” nastąpił co prawda w
grudniu 1999, ale wtedy, będąc dzieciakiem i mając masę innych komiksowych
(TM-Semic, choć już się kończył, wciąż jeszcze całkiem dawał radę, serwując nam
a to kolejne „Alieny”, to „Spawny”, to jeszcze parę naprawdę świetnych
opowieści o Lobo), nie kupiłem. Więc i nie przeczytałem. Panią w kiosku
poprosiłem o pokazanie „Produktu”, bo tam ta seria debiutowała, przejrzałem
czując zionący od okienka zapach papierosów, oddałem, no bywa. Dopiero po
latach uzupełniłem kolekcję, a pierwsze „OS”, które miałem, które przeczytałem,
to był rok 2001 i drugi rozdział „Ballady o Bystrym”. Potem to już poleciało,
bo „Produkt” zacząłem zbierać regularnie, a „Osiedle” (obok takich rzeczy, jak
„Emilia, Tank i Profesor”, „Wilq” i parę innych) podeszło mi szczególnie.
Ale co się dziwić, skoro to jest autentycznie
świetne. No i autentyczne, życiowe (często oparte na przeżyciach Śledzia czy znanych mu ludziach), mimo całego tego szaleństwa, komediowego
zacięcia i miksu gatunkowego, jaki spotykamy na stronach, a przy okazji z fajna wewnętrzną mitologią z posmakiem miejskich legend. I to dzięki temu
wpasowaniu się idealnie w rzeczywistość ówczesnych ludzi u progu dorosłości rzecz się tak przyjęła, a „Produkt”, który w pierwszym numerze nie miał za
wiele do zaoferowania, ukazywał się dalej. Życie, jakie portretuje Śledziu to
życie brudne, smutne, pełne wulgaryzmów, narkotyków i przemocy. Ale to tylko
jedna strona tego medalu, bo to szare blokowisko z wielkiej płyty, z drugiej
zamieszkane przez całe rzesze indywiduów, które wikłają się w różne sprawy. Z
jednej strony więc dzieje się w zasadzie nie tak wiele, bo a to bohaterowie
pójdą na imprezę, do kościoła na rodzinną okoliczność, do sklepu czy szukają
pracy, z drugiej dzieje się sporo, bo trzeba sobie poradzić z lokalnymi gangsterami
czy stawić czoła czemuś nie z tej ziemi. A ten miks motywów i gatunków rozgrywa
się w rytmie długich, podpatrzonych u Kevina Smitha (bohaterowie filmów którego
pojawiają się tu nawet w tle) rozmów, pełnych humoru, satyry, wulgarności i
filozofowania – nie zawsze spełnionego, ale fajnie dopełniającego całości.
Nad całością wisi też taka chmura subkulturowej
atmosfery – trochę hip-hopowej, trochę metalowej, to znów rockowej czy
alternatywnej, odbijającej się też muzycznie w napisach na ścianach czy występach
na scenie, ba jest tu nawet bitwa metalowców. I to też oddaje dobrze klimat
tamtych czasów. Poza tym wszystko to zaludnione jest postaciami z jednej strony
skrojonymi prosto, ale różnorodnie, z drugiej jednak realistycznie i krwiście.
Więc różnice się widzi, czuje, w każdym odnajduje się jak nie trochę siebie, to
na pewno ludzi, których się w ten czy inny sposób znało. A przy okazji i lubi
się ich, i lubić nie da – bo często to skończeni idioci, kierujący się swoim
własnym jakby kodeksem, ale jednak idioci. Więc i ich akcje bywają idiotyczne,
a czasem udziela się to Śledziowi, jak choćby w jednym epizodzie z rakietą w
finale – no ciężko jest to przełknąć. Ale ogóle naprawdę dobrze robi
czytelnikowi, i dobrze ten świat bohaterów i ich losy pokazuje, niejednokrotnie
w ogóle nie skupiając się na nich, a na postaciach zupełnie niezależnych.
No i jeszcze słówko o rysunkach, bo te, choć proste
i w ogóle, świetne są i tyle. Przy okazji ten pierwszy tom to jednocześnie
swoisty przekrój przez początki kariery i eksperymenty stylistyczne
Śledzińskiego, jakie wtedy uprawiał. Od nieco niewprawnych zabaw z dziwną
perspektywą i kreskowaniem (z widocznymi inspiracjami Bisleyem), przez klarowną robotę z lekko cartoonowym
zacięciem (z wpływami Franka Millera), po w pełni już wykształcony i dopracowany styl. A ten styl wyrazisty
jest, znakomity, czasem nastrojowy, czasem fajnie wykręcony. Jak czas pokazał,
to jeszcze nie był koniec eksperymentów, ale za to był to chyba najlepszy okres
Śledzia pod względem graficznym, jeszcze bez cyfrowych zabaw, bez koloru,
wszystko ręcznie, wszystko samodzielnie i bez przesadnych udziwnień.
No i w fajnym wydaniu – mówię o czwartym zbiorczym,
bo te się przez lata różniły. Tu mamy komplet epizodów „OS” (ale nie mamy
dziejącego się w trakcie „Niedźwiedzia”, ten wyszedł w samodzielnym tomie wraz
z nowymi historiami i dla tych, którzy nie śledzili tego wszystkiego w
produkcie, przydałaby się pewna chronologia, bo wtedy fajniej się to układa i
jak czytać „OS”, to jednak z przeplataniem „Niedźwiedziem”), trochę dodatkowych
grafik (czas pokazał, że to wstępy do nowej historii, którą mieliśmy potem we
wspomnianym już „KDP”), twarda oprawa, obwoluta, wszystko spójnie z kolejnymi
tomami. Okej, inne wydania trochę się różnią, bo raz, że bywały w nim paski z
tekstami odautorskimi, pamiętanymi z „Produktu”, dwa, że zdarzała się tam też
dodatkowa historia „Centrum”, ale… No cóż, te paski i tak w zasadzie nic nie
wnoszą, poza pewnym komentarzem, acz zawsze był to komentarz dużo szerszy,
obejmujący cały numer, a nie tylko „Osiedle”, a „Centrum” i tak wyszło potem w
kolejnym tomie, w pełnej wersji i z nowymi historiami. Tu zostało tylko to
czarnobiałe „OS” z „Produktu”, kwintesencja, wszystko co najlepsze w serii, a
po ćwierćwieczu widać, że to wciąż jest jedno z lepszych dzieł rodzimych
komiksiarzy, że wciąż gra i że świetnie przetrwało próbę czasu i nawet nowe
pokolenie, które nie pamięta, jak to kiedyś było (wiem, dziaders ze mnie) wciąż
znajdzie tu masę komiksowego dobra. A skoro o dziadersi, cóż, tym to jeszcze sentyment
zagra na całego.




Komentarze
Prześlij komentarz