PRZETRWANIE
ODMIENNOŚCI
I jest druga – ale nie ostatnia, bo gdy piszę te
słowa, na horyzoncie czają się już „Kukułcze jaja z Midwich” i mam nadzieję, że
to nie będzie koniec – wznowiona ostatnio w ramach „Wehikułu czasu” powieść
Wyndhama. I cieszę się, ba, nie cieszyłem się tak odkąd Rebis wznawiał w ramach
tej linii wydawniczej największe powieści Clarke’a, jak „Odyseja kosmiczna”, bo
to wielki pisarz był, a każda jego książka to prawdziwa perełka. No i nie
inaczej rzecz ma się z jednym z najsłynniejszych jego dzieł – „Poczwarkami”. Książka
rozmiarami niewielka, ot 230 stron z czcionką, którą do najmniejszych nie należy.
Ale treściwa, porywająca, poruszająca i urzekająca, a przy okazji podana z
lekkością i nonszalancją, choć w bardziej ponurym, cięższym tonie, niż wydany
ostatnio „Dzień tryfidów”
W świecie po końcu świata panuje rygor jasno ustalonej
normalności, który nie może być złamany. Jeśli coś, cokolwiek, w jakikolwiek
sposób odstaje – człowiek, czy zwierzę – nie ma dla niego miejsca wśród reszty,
czasem też nie ma życia. Jak więc przetrwać, kiedy jest się kimś odmiennym,
choć tego nie widać?
Wyndham to taki autor, którego prozę pokochałem
właściwie od pierwszego zdania, jakie przeczytałem. Lata temu to było, a
zaczęło się od przypadkiem dorwanej nowelki „Chocky". Bo „Chocky”, choć
prosta i niby skierowana do młodzieży, okazała się prozą z pomysłem (urzekała
oryginalnym pomysłem na kontakt z obcymi) i świetnym wykonanie (stylem po
prostu rozbrajała). Drobiazg do łyknięcia w jedno popołudnie, a zakochałem się w
tym. A potem „Tryfidach” i zakochuję się w „Poczwarkach”, chociaż z postapo
jakoś tak nigdy za bardzo po drodze mi nie było, a jeśli już, to w takim
wydaniu, jak „Slapstic” czy „Galapagos” (obie Vonneguta), którym choćby taki „Bastion”
buty mogą czyścić.
A co mnie tu tak kręci? Pomysł fajny, świetna
akcja, klimat, ale to wszystko i tak blednie w porównaniu z tym, jak Wyndham to
wszystko opisuje. Operując stylem lekkim i nonszalanckim, niemalże zabawnym,
swoim gawędziarstwem wciąga nas w swoją opowieść, a jednocześnie mimo takiej
formy udaje mu się stworzyć i poczucie zagrożenia, i beznadzieję, i świetnie
nastrój, i jeszcze znakomicie opisane w swej dynamice momenty. W jego wykonaniu,
ta powieść zyskuje nie tylko taki sympatyczny luz, ale i znakomity klimat, a
jednocześnie emanuje pisarską magią, które wyróżniały Wyndhama na tle
współczesnych mu pisarzy.
Efekt jest taki, że powieść wyciska z nas masę
emocji, nie pozwala oderwać się ani na moment i przez cały czas, każdą stroną,
każdym akapitem i zdaniem autentycznie zachwyca i urzeka. Ot klasyczne science
fiction niemal idealne. Proste, krótkie, treściwe i ujmujące. Takie, w którym
lekkość i nonszalancja, humor i luz, nie dominowały, a pozwalały równie mocno wybrzmiewać
poważniejszym, mroczniejszym i mocniejszym elementom, pełnym prawdziwości,
trafności i siły wyrazu. Takie SF, takie postapo, rzecz z przesłaniem, z nienachalnym
dydaktyzmem i mające coś do powiedzenia, chce się czytać. Czekam na więcej.

Komentarze
Prześlij komentarz