Shazam!: The Monster Society of Evil – Jeff Smith

 BAJKOWA MAGIA SHAZAMA

 

Nie skusiłem się na ten album, kiedy wyszedł po polsku. Za dużo wtedy ważniejszych rzeczy było, za mało czasu, kasy też. Ale pojawiła się okazja, fajna wymiana komiksów i w moje ręce trafiło oryginalne wydanie. I fanie, bo raz, że lubię autora i chętnie po jego dzieła sięgam (i mam wszystko, co po polsku wyszło), a to też jest bardzo przyjemne, dwa, że to wydanie, jak to oryginały, ma cieńszy papier i mało miejsca zajmuje na półce. Poza tym ten album to fajne odświeżenie początków postaci, w nieco bardziej baśniowo-fantastycznej, niemalże disnejowskiej estetyce, która tu się sprawdza.

 

Billy Batson to dziecko, sierota i bezdomny. Życie go nie rozpieszcza, choć ma zaledwie kilka lat, a jedynym jego przyjacielem jest dzielący podobny los staruszek. I pewnego dnia wszystko się zmienia. Billy zauważa bowiem pewnego mężczyznę, który przypomina mu ojca. A przecież ojciec nie żyje. W wyniku pościgu za człowiekiem, chłopiec zetknie się z niezwykłościami, magią i wielką mocą, a sam zmieni się w bohatera. I jako bohater zacznie stawiać czoła przeciwnościom losu, ale i potężnym wrogom, którzy mogą zagrozić światu!

 

Jeff Smith zrobił tę historię tak, jak umie najlepiej – czyli jakby to był historia dla dzieci. Ale bardziej dla tych dzieci, które mamy w sobie i czasem dajemy im wyjść na światło dzienne. Summa summarum, dostajemy tu coś co nadaje się dla każdego, lekkie, zabawne, czasem dramatyczne, bajkowe, ujmujące, z happy endem i wzruszeniami, ale jednak takie ku pokrzepieniu serc bym powiedział. Coś, w czym dobro zwycięża, bo musi, zło zostaje pokonane, a zanim to nastąpi, mamy akcję, przygody, zagrożenia… Standard, ale standard, który w rękach Smitha, nawet jeśli standardem pozostaje, okazuje się być czymś całkiem przyjemnym, mimo nawet pewnych logicznych potknięć. Ot jak jego opus magnum, „Gnat”.

 


I, o dziwo, fajnie to pasuje. Kojarzy mi się z komiksami Dona Rosy czy jego poprzednika, Carla Barksa, bo podobnie autor bierze to, co zgrane, co znane, co dziecięce i łączy z tym, co równie zgrane, ale skierowane potencjalnie dla dorosłych. I efekt jest bardzo fajny. Może to nie poziom Barksa czy Rosy, którzy w swoich przygodach disnejowskich kaczek też liznęli superhero i zrobili to po swojemu, ale jednak rzecz wyróżnia się na tle typowych komiksów z „Shazamem” w tytule. I ja, choć za bohaterem nie przepadam (acz w filmowej wersji lubię), dałem się temu kupić i dobrze bawiłem. Niby tylko dwieście stron, a wiadomo, Smith lubi z polotem i epicko, ale z wyczuciem, smakiem i dobrym odświeżeniem znanych już nam rzeczy.

 


I jeszcze z tą ujmującą, baśniowo-cartoonową oprawą graficzną. Po prostu smakowita rzecz, dla małych, średnich i tych dużych-małych. A i tych całkiem dużych także. Coś dla fanów superhero i tych, którzy w superbohaterszczyźnie szukają czegoś innego. Urocza sprawa i sprawna robota i tyle w temacie.

Komentarze