Fight Club: Podziemny krąg (DVD)

FAJNY CLUB

 

„Fight Club”, czy jak ktoś woli beznadziejną inwencję polskiego tłumacza / dystrybutora (nie wiem, który „geniusz” wpadł na taki pomysł), „Podziemny krąg”, obchodzi waśnie ćwierćwiecze premiery. Dobra okazja by sobie może nie tyle o nim przypomnieć, bo coraz wraca w ten czy inny sposób, ile po prostu go sobie odświeżyć. Więc odświeżam, po raz kolejny, bo to jeden z najważniejszych filmów mojego życia, produkcja, która wiele zmieniła w tym życiu zmieniła i którą regularnie sobie przypominam. Bo jest co. Bo to wciąż robi wrażenie. I bo takich filmów już się nie robi. A że w dzisiejszych czasach bywa niezrozumiany? Mylony? Błędnie interpretowany? To już nie świadczy o filmie, a jego odbiorcach. Ale to już zupełnie inna bajka.

 

Fabuła? Głównemu, bezimiennemu bohaterowi, everymanowi, jakich wiele, w życiu niby wyszło, ale nie wyszło. Ma pracę w korpo, podróżuje po różnych miejscach, ma kasę, mieszkanie, dobre ciuchy, drogie meble, ale brakuje mu więcej, niż mógłby podejrzewać, chociaż to czuje. To zaś przekłada się na bezsenność, z którą walczy uczestnicząc w grupach wsparcia, gdzie styka się z prawdziwym cierpieniem. Wszystko zmienia się pewnego dnia, kiedy w samolocie spotyka niejakiego Tylera Durdena, swoje zupełne przeciwieństwo: wolnego ducha, który wyrwał się z życia w systemie i robi wszystko po swojemu i tak, jak tego chce. Gdy mieszkanie bohatera wylatuje w powietrze, a on o pomoc i dach nad głową może zwrócić się tylko do Tylera, nasz everyman nie ma jeszcze pojęcia w co się pakuje i czego początkiem będzie to spotkanie…

 

„Fight Club” i ja. Nie pamiętam ile miałem lat, kiedy pierwszy raz zetknąłem się z tym filmem. Pamiętam tylko, że była to premiera w telewizji, na Polsacie. Wyglądało ciekawie, ciekawie się zapowiadało, bo ja już wtedy Finchera sobie ceniłem, choćby za „Siedem” czy „Aliena 3”, więc zasiadłem o wyznaczonej porze przed tv – ach te czasy bez streamingu, z niewielką biblioteczką kina domowego i równie niewielką ofertą lokalnej wypożyczalni filmów – obejrzałem kwadrans, może pół godziny i wyłączyłem. Dobre to było, cholernie dobre, chciałem obejrzeć całość, ale już wtedy, będąc nastolatkiem, wyznawałem zasadę, że najpierw książka, potem film. A film okazał się na podstawie powieści, więc przerwałem seans, postanowiłem kupić pierwowzór i… I taka fajna sytuacja, że pierwsze wydanie powieści było już wyprzedane, a ceny z drugiej ręki lepiej przemilczę. Więc minęło kilka lat, zanim pojawiło się wznowienie od Niebieskiej Studni (czyli wreszcie w dobrym przekładzie), a ja przeczytałem. A potem kilka kolejnych lat, żeby w końcu gdzieś złapać powtórkę „Fight Clubu”. Ale się udało.

 


To, oczywiście, stało się początkiem mojej miłości do prozy Palahniuka, którego po dziś dzień czytam wszystko, co wychodzi, nie czekając już na polskie wydania (a potem, kiedy jakimś cudem coś wychodzi po polsku, sięgam znowu). A to zaowocowało z jednej strony sporym wpływem na to, co i jak piszę, odkryciem paru świetnych autorów (choćby Amy Hempel, której Palahniuk podkradł styl, jak Vonnegutowi, niczym Atwood, podkradł trochę pomysłów) i paroma innymi rzeczami, ale ja nie o tym miałem, a o filmie. I nie analizowaniu jego filozoficznej strony, która uwiodła mnie te ponad dwie dekady temu, a która mylona jest zupełnie przez tych, którzy interpretują rzecz w obecnych czasach, nieważne, którą stronę reprezentują (bo tu rzecz jest prosta, wystarczy sięgnąć po życie i inspiracje Palahniuka, pogrzebać w filozofii Campbella czy Nietschego etc.). O tym pisałem zresztą już nie raz przy okazji książki, czy właściwie książek i komiksów autora („FC” ma kontynuację w postaci dwóch komiksów, prequel w formie opowiadania i jeszcze parę książek, które się z nim łączą poprzez te powieści graficzne, w których autor tworzy swoiste prywatne uniwersum).

 


 A film, choć w paru punktach odmienny od powieści, to wciąż jedna z najlepszych i najwierniejszych adaptacji książek, jakie powstały. Doskonale dobrana obsada, od Nortona w szczytowej formie, przez Pitta, który pokazuje swoją najlepszą stronę aktorstwa, na doskonałej w każdym calu Bonham Carter, znakomite zdjęcia, niesamowity klimat i doskonała zabawa medium. Bo Fincher wykorzystuje to, co w książce było filmowe (ale nie mogło być pokazane w taki sposób, jak na ekranie), żeby zabawić się z widzem, zostawiając po drodze tropy, których odbiorca i tak nie zauważa, ale one tam są. Powieść zresztą była w pewnym momencie osadzona w środowisku kinooperatorów, co w filmowej wersji nabiera meta estetyki, łamie czwartą ścianę i puszcza oko do kinomanów i fanów pierwowzoru. A przede wszystkim film dobrze żongluje i tymi przyziemnymi, podszytymi głębią i przesłaniem momentami, i sensacyjno-thrillerową akcją, i komedią romantyczną, i kontrowersjami. Bywa krwawo i bywa zabawnie, choć humor to czarny, wisielczy. Bywa w punkt trafnie, i absurdalnie. Ale przez cały czas jest świetnie. Może i efekty specjalne zestarzały się niestety, ale też nie na tyle, by kłuło to w oczy.

 


I tak ta anarchistyczna, a właściwie nihilistyczna, masochistyczna, satyryczna opowieść o miłości, ale i wyrywaniu się z pęt konwenansów, poprawności politycznej i kontroli władzy, a przynajmniej próbach tego wyrwania się, trafia do serca i umysłu. Trafia, bo każdy z nas chciałby kochać, tak naprawdę, jak kochać można tylko wtedy, gdy pogrążymy się w tym ratującym nasze zdrowe zmysły i uczucia szaleństwie. Bo każdy z nas czasem ma dość i chciałby odpłacić innym (przed czym Palahniuk i Fincher przestrzegają). I bo każdy potrzebuje czasem poczuć, że żyje – nawet jeśli, tak jak bohaterowie, poprzez ból doświadczony i zadany. Można by się długo jeszcze nad tym rozwodzić, można by opowiadać, jak to sama historia powstała po tym, jak autor został dotkliwie pobity, można by rzucić parę ciekawostek, jak to chociażby główni aktorzy na potrzeby filmu naprawdę nauczyli się robić mydło czy o specyficznych zwiastunach produkcji. Można by wspomnieć, jak film okazał się w kinach klapą, by zarobić na siebie dopiero na nośnikach kina domowego i stać się fenomenem, albo o komiksowej kontynuacji, która, starała się pociągnąć temat tak, by unikając różnic między wersją książkową i filmową (także tych z zakończenia), nadawać się na ciąg dalszy obu… No wiele by można, a lepiej po prostu obejrzeć film, dać mu się zachwycić, a potem… Wróć, najpierw lepiej przeczytać książkę, bo wielka jest, jeszcze lepsza, a dopiero potem obejrzeć „Fight Club” i poznać kolejne dzieła Palahniuka. A pozostali, jeśli już produkcję znacie, włączcie ją sobie dziś, równo ćwierć wieku po premierze na festiwalu w Wenecji (do szerokiej dystrybucji film trafił 15 października) i przypomnijcie, jakie to jest dobre. I jak ten film się odczuwa, przeżywa, niczym ten pocałunek z ługiem, z jednej ze scen.

Komentarze