BEZŻYCIE
„Pożycie”. Sięgnąłem i żałuję. Blurb brzmiał
ciekawie, totalnie w moim guście, więc się skusiłem, tym bardziej, że oceny
czytelników były wysokie, ale niepotrzebnie. Powieść Piotra Brencza okazała się
niestrawnym, pozbawiony ambicji czytadłem, które stara się udawać coś, czym absolutnie
nie jest. Efekt jest taki, że w moje ręce trafiła bardzo prosta, momentami
wręcz prostacka lektura ze sztywnymi, pozbawionymi życia i krwistości
dialogami, opisami, które miały być ascetyczne, ale ascetyzm pomylił się tu z
pustką,; lektura odarta z klimatu i uczuć, niezbudzająca emocji – chyba, że zawód i
irytację – i nie dostarczająca absolutnie nic z tego, co obiecywała dostarczyć.
Fabuła? Prosta – życie Piotra się zawaliło,
rozpadło. Właściwie to związek, na który poświęcił długie lata, ale to tak,
jakby szlag trafił wszystko, więc Piotr pogrąża się w rozpaczy, stacza. Ale
jednocześnie zaczyna znajdować w tym wszystkim szansę na przemyślenie sobie
wszystkiego, zmianę i…
Książka, która opowiada o emocjach, ale jest z
emocji wyzuta to wcale nie taki zły pomysł, jakby mogło się wydawać. Takie
podejście w konkretnych przypadkach byłoby umotywowane, miałoby sens, bo
przecież to, że wyzute z emocji są opisy czy bohater, nie znaczy, że dane
dzieło emocji nie jest w stanie wzbudzać. Ale to nie wzbudza. Tu autor stworzył
historię, przy lekturze której nie czuje się zupełnie nic. Bohater jest tak
nijaki, że z miejsca stał się dla mnie zupełnie obojętny, a jego losy, to co
przeżywa, wszystkie te rzeczy nic, ani przez moment mnie nie obchodziły. Zresztą
tego przeżywania też jakoś nie czułem. Nie wiem, jakim cudem, ale udało się
autorowi z uniwersalnego wątku, wątku, który dotyczy każdego i powinien
odwoływać się do doświadczeń i wspomnień czytelników, pozbyć niemal całej tej
uniwersalności. A ja miałem wrażenie, jakbym czytał opis emocji sporządzony
przez kogoś, kto nigdy ich nie doświadczył.
Poza tym przemiana – kolejny znaczący element
opowieści – też kuleje. Bohater, jak pisałem, nic mnie, jako czytelnika, nie
obchodził przez jakiś taki brak charakteru, ciekawej kreacji, więc i to, jak
ewoluuje (pozornie ewoluuje, bo jednak to też kuleje) również nijak mnie nie
obeszło. Może poza jednym – bohater był irytujący, denerwujący, sztuczny, jakiś
taki nieprzekonujący, ale i pozbawiony życia. Ot papierowa postać, w kreacji której
zabrakło i krwistości, i szczerości. I to czułem wyraźnie, to mnie obchodziło,
bo się męczyłem. Zero subtelności, grubą krechą to wszystko nakreślone, niepozostawiające
nic wyobraźni. Plus, że czyta się to szybko, bo krótkie zdania, krótkie akapity
i dialogi: dzięki nim wzrasta tempo odbioru i samą książkę, cienką zresztą,
łyka się w kilka godzin. Szkoda, że niewiele poza tym.
W skrócie: ja ze swej strony nie znajduję tu nic,
co sprawiłoby, że komukolwiek poleciłbym tę powieść. Rzecz bez serca to, bez
ducha, z ambitnym zamysłem, ale bez należytego wykonania. Jeśli więc chcecie
przeczytać w temacie coś naprawdę świetnego, to jednak wielkich autorów.
Pisarzy, którzy potrafili wniknąć w postacie, psychikę, ich otoczenie, emocje,
odczucia i całą resztę. John Irving, Philip Roth, Richard Flanagan, a w prozie
bardziej ascetycznej Amy Hempel – to tylko kilka przykładów pisarzy potrafiących
pisać o związkach, o negatywnych emocjach, o trudnych sprawach i ludzkich
przemianach tak, że kiedy czytało się ich powieści czy opowiadania, bezwiednie
zaciskało się pięści z emocji, a po wszystkim latami siedziało to wszystko w
głowie. A ile było w nich prawdy, ile siły, ile rzeczy nazwanych po imieniu,
których my, zwykli odbiorcy nazwać nie potrafiliśmy, a tym ludziom udawało się
to za pomocą może i prostych, ale bezbłędnie dobranych słów. I przy okazji
niejednokrotnie oferowali swoiste katharsis. Brencz nie tylko się do tego nie
zbliżył, ale nawet nie był w stanie udawać, że zbliżyć się może. Szkoda, bo
mogło być naprawdę dobrze, a została powieść bez życia, literacki zawód. Choć
było kilka momentów, które dawały nadzieję, że jednak to wszystko się
podźwignie.

Komentarze
Prześlij komentarz