Jest
telewizja już robi wywiady
Jak panie
tonący dajemy se radę
Handel
jak zawsze wiosna czy zima
Od
zeszłej niedzieli już pływa melina
Wyszków
tonie
Wyszków
tonie
Wyszków
tonie
Wyszków
tonie
- Elektryczne Gitary
Wyszków. Miejsce geograficznie na pewno mi bliskie.
W inny sposób? Nie. Ale chociaż tam nie bywam, bo w sumie i po co, nie znaczy,
że nie mam ochoty poczytać o okolicach mi niedalekich i w ten czy inny sposób
znanych. Więc sięgnąłem i jakoś dało się tą „Rzęśnię” przeczytać, choć żenująco
wręcz przegięta była, im dalej w ten las. No nic wybitnego, szczególnego też
nie, ale momenty jakieś się znalazły. Rzecz w tym, że zostawia czytelnika w
rozdarciu, bo mogłoby być zdecydowanie lepiej, a tak dostajemy coś, przy czym
czasem, sporadycznie pośmiać się można, ale co w ostatecznym rozrachunku
sprawia wrażenie populistycznego absurdu, w oparach którego tonie clou całości
– czyli satyra.
KOWID – znaczy, Kwarantanna Obowiązuje Wszystkich I
Dezynfekcja. To właśnie spotyka Wyszków przed Wielkanocą. No i trzeba coś na tę
dziwną nową zarazę poradzić. A co? O tym decydować będzie Rada Chłopskiego
Rozumu złożona z różnych osobistości. Ale katolicka terrorystka przeprowadza
zamach i dopiero się zaczyna!
Satyra to w sumie ciężka sprawa. Bo tym, którzy nie
za bardzo wiedzą o co w niej chodzi, wydaje się najczęściej, że ma ośmieszać i
śmieszna być i tyle. Ośmieszać dla samego ośmieszania, bez czegoś głębszego,
większego, bez czegoś ponad to wszystko. No i właśnie tak satyrę traktuje się
tutaj. Niby czasem nawet jakby bywa śmiesznie, ale nie da się tego nazwać
humorem wysokich lotów. Za to okazuje się, że wszystko to jest obraźliwie dla
niejednego czytelnika, ale nie na poziomie, jakiego można by oczekiwać po
dobrej satyrze. Bo kiedy czyta się prozę Kurta Vonneguta czy Chucka Palahniuka,
chyba nie znajdzie się czytelnik, który nie poczułby się obrażony czy dotknięty,
z tym, że te nasze uczucia wynikają z tego, że autorzy wytykają nam błędy i
głupotę, piętnują to, co w nas złe i do czego sami się nie przyznajemy.
Tymczasem u Czestkowskiego, który najwyraźniej do takiej prozy nie dorósł albo
nie wykształcił w sobie do niej zamiłowania, całe to ośmieszanie jest dla samego
ośmieszania. Co więcej, jest jednostronne, poprawne politycznie bym rzekł,
podczas gdy u wspomnianych artystów spojrzenie zawsze było szersze,
ponadczasowe i najzwyczajniej w świecie uniwersalne, bo dotykające sedna
sprawy, a nie jedynie skrobiące po powierzchni, jak tu.
No i taka, jak z „Rzeźni Wyszków” jest satyra, taka
też literatura. Powierzchowna, pozbawiona głębi, ale też i zwyczajnie bardzo,
bardzo prosta i niewymagająca. Okej, akcja jest dynamiczna, sporo bohaterów,
sporo wydarzeń, ale… Nie powiem, że autor nie ma nad tym kontroli, bo żadnej
kontroli tu nie potrzeba. Ma to lecieć przed siebie na złamanie karku i
zawierać w sobie to, co modne akurat. I leci. I zawiera. Ale tak bezrefleksyjnie.
Aborcja? Księża pedofile? Staruszki niczym terrorystki? Armia religijna? To mogło
coś zawierać, skłonić do myślenia, dyskusji, a leży i kwiczy, jak to mówią. Miało
być kontrowersyjnie, a nawet tego tu nie ma. Czasem dzieło sprawia wrażenie,
jakby Czestkowski chciał obnażyć nasze polskie przywary – czasem, bo po tym
wszystkim jakoś nie posądzam go o tego typu wyższe cele – ale w ostatecznym
rozrachunku obnażył jedynie siebie.
Acz trzeba oddać, że całkiem nieźle to napisane. Że
nie nużyło. I że czasem można się było uśmiechnąć – choć najczęściej z
politowaniem dla bezrefleksyjności autora. No i gdzieś w całym tym fabularnym zgiełku
zginęło to, na co najbardziej liczyłem, czyli koloryt lokalny, a szkoda.

Komentarze
Prześlij komentarz