BRESLAU ÜBER
ALLES
Był taki czas, że regularnie czytałem „Nową
Fantastykę”, a „Wydanie specjalne” w szczególności. Bo wtedy, lata temu, warto
było to robić (świetni autorzy, fajne historie, całe powieści drukowane w
numerach, co prawda najczęściej przeciętniak zza wschodniej granicy, ale choćby
takiego „Niemaga” bardzo miło wspominam). W końcu odpuściłem, jakość spadała, a
ja coraz częściej kupowałem już tylko albo z przyzwyczajenia, albo dla jednego
czy dwóch tekstów, by przekonać się, że poza nimi serio nie było warto. Więc nie
było sensu tego ciągnąć. Ale co przeczytałem, to moje. No i tam w jednym z numerów
trafiłem na fragment powieści „Breslau Forever”. Nic szczególnie dobrze
napisanego, ale całkiem zabawne, takie dla odreagowania w niewyszukany sposób. I
fabuła coś w sobie miała – takie coś, co chciałem doczytać i przekonać się, co
z tego wymyślił autor. I tak ostatecznie sięgnąłem po powieściową wersję kilka miesięcy
później i poznałem prozę Ziemiańskiego (późno, wiem, ale ja od rodzimej
fantastyki stroniłem i do dziś, poza paroma wyjątkami, stronię, bo jednak
ambicji i wielkości w temacie naszym autorom brakuje). No i ani ambicji, ani
wielkości w „Breslau” nie ma, ale rozrywka to całkiem przyzwoita.
Trzy epoki. Różni bohaterowie. Jedna sprawa.
Staszewski, współczesny wrocławski glina, prowadzi
śledztwo w sprawie, która od dziesięcioleci nie doczekała się wyjaśnienia. Żadnych
podejrzanych, żadnych tropów, a jedynie same zagadki. I sporo trupów ludzi,
którzy się zagadką zajmowali.
Jednocześnie opowieść przerzuca nas do przedwojennego
Wrocławia – wtedy Breslau – gdzie tajemnicę próbowali odkryć funkcjonariusze
niemieccy, a także potem, już do powojennej rzeczywistości, gdzie milicjanci zmagali
się z tym samym problemem. Ale co się może za tym kryć? Morderca działający od
kołyski, aż po grób? Czy może coś bardziej paranormalnego, przez co ludzie zabijali
się, wybuchali, podpalali…? No i czy Staszewski to przeżyje?
Ziemiański potrafi pisać, tego mu nie da się
odmówić. Ziemiański miewa też dobre pomysły, a i klimat zbudować potrafi. Wiadomo,
pisze prosto, prosto kroi te swoje książki, ale akurat jego proza daje radę. „Bresalu”
też daje, choć z tych wszystkich, które czytałem, ta jest najprostsza,
najbardziej niewymagająca, niewyszukana etc. Bywa prostacka, pełna żartów na poziomie
gimnazjalistów, wulgarnych i skoncentrowanych na jednym temacie (jak sceny z
prezerwatywami), ale taki w końcu urok prozy autora „Achai”. Tu jest po prostu
mocniej uproszczone, z bardzo sztampowo nakreślonymi postaciami, ale z całkiem
fajną akcją.
Rzecz dzieje się na trzech płaszczyznach czasowych,
wątków jest sporo, ale nie a tu chaosu, nie ma skomplikowania, wszystko
wyłożone jest jasno, nie da się w tym zgubić, nie da czegoś nie zrozumieć. Zawodzi
jednak finał, rozwiązanie całej zagadki, naciągane, nieprzekonujące. Mające sens
względem tego, co pokazał autor wcześniej, zbierające w kupę wszystkie tropy,
ale jednak za bardzo odrywające się od ziemi (o dziwo, bo jednocześnie ziemi
się trzyma), od logiki i sensu. Co nie zmienia faktu, że „Breslau” czyta się
fajnie. Fajnie odkrywa się punkty wspólne dla różnych czasów, fajnie widzi się
zachodzące zmiany. Trochę brakowało mi w powieściowej wersji tego, co mieliśmy
we fragmencie w „Fantastyce”, a mianowicie mocniejszego splecenia z losami
rodziny Ziemiańskiego, takich osobistych elementów i smaczków, bo to akurat
bardzo fajne było.
Tak czy inaczej, nie jest to wcale taka zła książka, jak przyjęło się o niej mówić. Lekka, niewymagająca komedia sensacyjna, thriller, łączący to, co Ziemiański zawsze lubił, od niewybrednych, męskich żartów, przez wojenne elementy, po sensacyjną akcję. Prosta rzecz, nie dla wszystkich, acz nadal niezła. Fajnie przy tym zilustrowana, choć zdecydowanie wolę okładkę starego wydania, niż tę nową.



Komentarze
Prześlij komentarz