Po powieść Halskiego sięgnąłem przypadkiem.
Niewiele rodzimej prozy czytam z przyjemnością, więc i sięgam po nią raczej
albo przypadkiem, bo już wpadnie w ręce, albo z musu, bo czasem trzeba się czymś
recenzencko zająć, nawet jeśli to nie moja bajka. W tym wypadku jednak nie
żałuję, bo chociaż „Laleczki” swoje minusy posiadają, w ostatecznym rozrachunku
okazały się całkiem przyjemnym miksem fanty – a może należałoby rzecz
fantastyki bardziej szeroko pojmowanej – z horrorem.
Kraina Harwyn została podbita, trafiła we władzę
cesarstwa i teraz znajduje się w sytuacji, w której władza przede wszystkim
stara się dostosować to miejsce do swoich oczekiwań. Co to znaczy w praktyce?
Usilne próby wyrugowania wszelkich przejawów wiary, jaka tu panuje: zakazuje
się więc wierze i praktyk, świątynie się niszczy, a kapłanów służących
dotychczasowej religii skazuje się na śmierć. Ale to nie działa, a wręcz
zaostrza sytuację. Do tego dochodzą dziwne wydarzenia, jakie dzieją się na
miejscu. Nic więc dziwnego, że Cesarstwo decyduje się wysłać tam Horensa. Ten
człowiek, Główny Czyściciel, prawdziwa bestia w ludzkiej skórze, przeżywał już
lepsze, jak i gorsze dni. Czy to będzie dla niego szansa? A może czeka go coś,
czego nawet sobie nie wyobrażał?
Może zacznę od tych minusów. Halski mistrzem pióra
nie jest, ambicji do celowania w wyższą półkę literacką nie ma i to się czuje.
Czy to duży zarzut? Sam w sobie żaden, bo chyba nikt nie sięga po tego typów
powieść szukając wyższych wartości, niemniej jednak przekłada się to na fakt,
że powieść fabularnie pędzi na złamanie karku. Autor nie zatrzymuje się tu by
rozpisać nad jakimś widokiem albo zadumać nad daną kwestią. A wraz z nim nie
zatrzymuje się i czytelnik. Ma to swoje plusy, bo na nudę nie ma tu miejsca,
ale czasem wolałbym powolniejsze prowadzenie akcji, bo chciałbym skupić się na
świecie i postaciach, a nie było mi to dane. Z tym łączy się też spora prostota
stylu, na szczęście jest to prostota przyjemna w odbiorze i zaznaczam ją raczej
na marginesie, dla formalności, niż jako faktyczny minus.
Plusy? To szybkie tempo jest zarówno minusem, jak i
plusem. Na plus jest tu także klimat, całkiem sporo brutalności – na mnie nie
robiła wrażenia, przywykłem do horrorów ekstremalnych, więc trudno już by coś
je zrobiło, ale znajdą się odbiorcy, którzy uznają te elementy za mocne – i po
prostu dobra zabawa, jaką miał autor pisząc powieść, a która udziela się też
nam. Tym bardziej, że rzecz napisana jest przywozicie, niezłym stylem i bez
znaczących literackich wpadek. Wszystko to przypomina mi trochę poziom
literatury z rodzimych magazynów poświęconych fantastyce, jakimi zaczytywałem
się jakieś dwie dekady temu, a sentyment też działa tu in plus. Tak samo, jak
to, że w temacie voodoo widać całkiem solidny research autora.
W skrócie, przyzwoita lektura dla fanów takich klimatów. Ciekawe połączenie fantasy, horroru voodoo i akcji. To rzecz bardziej dla facetów, męska lektura pełna szybkiego tempa, trupów, walk i brutalności, ale nie tylko dla nich. Owszem, te schematy i takie podejście trzeba lubić, ale jeśli się już lubi, zabawa jest przyjemna. I przyjemnie do tego zilustrowana, a o tym też warto jest napomknąć.

Komentarze
Prześlij komentarz