Pod osłoną nocy – Sarah Waters

DOKĄD WIODĄ NICI ICH LOSÓW?

 

Po raz pierwszy po prozę Sarah Waters sięgnąłem lata temu z dwóch powodów. Powieść, która wtedy akurat pojawiła się na rynku była horrorem / thrillerem, a fanem opowieści grozy akurat jestem. I to był powód numer jeden. Drugim powodem było to, że rzecz zapowiadała się na coś z wyższej półki, a ja nie znoszę, gdy literatura jest tylko nośnikiem prostej i pustej rozrywki. Horror sam w sobie taki nie jest, zapyta ktoś. Zależy jaki, a i tak w większości stanowi przestrogę, która ma w nas wyrobić pewne odruchy obronne, oswoić z lękami i przy okazji przypomnieć, że bać mamy się czego, a tym samym pozwolić nam świadomie przygotować się do tego, co może spotkać każdego z nas. I to pewna ambizja, nawet jeśli niezamierzona, jest. Ale dość o horrorach, bo „Pod osłoną nocy” skrajnie dalekie jest od takiej klasyfikacji. Gatunkowa szufladka jest tu jednak bez znaczenia, bo powieść to naprawdę dobra i warta poznania, chociaż trzeba się liczyć z pewnym ciężarem i nie do końca spełnionym wykonaniem.

 

Czasy drugiej wojny światowej i tuż po niej. To właśnie na tle tych tragicznych i przełomowych wydarzeń śledzimy losy czwórki mieszkańców Londynu. Trzy kobiety, jeden mężczyzna, wszyscy ze swoimi piętnami i problemami. Każde z nici jest inne, ale wszyscy mają bogatą przeszłość.

Kay w życiu coś brakuje. I nie pasuje do swoich czasów, gdzie kobiety takie, jak ona – kobiety ubierające się, jak mężczyźni – nie mają lekko. Helen pozornie ma lekko, bo budzi ludzką sympatię, ale jej przeszłość pełna jest bolesnych wspomnień, które lepiej by pozostały przeszłością. Jest też Viv, która trwa przy swoim kochanku, chociaż przez niego doświadczyła wiele cierpienia. A Duncan też swoje przeżył. Co łączy ich wszystkich? I dokąd wiodą nici ich losów?

 

Zacznę może od tego, że ta powieść miała pełne prawo mi się nie spodobać. Każde dzieło takie prawo ma, każdy czytelnik ma swobodę w lubieniu i nielubieniu jakiejkolwiek twórczości, bo o gustach się nie dyskutuje, a to właśnie gust dyktuje nam czy coś polubimy, czy nie. Czasem zdarza się, że coś do nas trafia wbrew niemu i tak po części jest tym razem. Co tu zatem z moim gustem nie współgrało? A czasy, realia, to nie moja bajka, nie te klimaty, jakoś zazwyczaj nudzi mnie to, szczególnie w kinie.

 

Ale świetne pisarstwo nie może być wbrew czyjemuś gustowi – przynajmniej chciałbym w to wierzyć, ale znam wiele osób, które ambicji literackich boją się jak ognia, unikają ich i męczą się, gdy mają z nimi styczność – a na pewno nie jest wbrew mojemu. Więc nie wahałem się i „Pod osłoną nocy” mnie kupiło. Wciągnęło, porwało, chociaż były momenty, gdzie wkradło się nieco nudy, a samo zakończenie wydaje się domagać jeszcze paru dodatkowych akapitów. I urzekło, przede wszystkim wykonaniem.

 

Fabularnie rzecz jest w końcu prosta. W tej prostocie co prawda tkwi jej siła, ale wynika ona z samego sposobu pisarstwa, jakie Waters uprawia. Pisarstwa treściwego, pewnie dla wielu ciężkiego, pełnego opisów i smakowania słów. Świetnie odmalowuje tu klimat, czasy, społeczeństwo, świetnie kreśli sylwetki ludzi, ich rys psychologiczny. Wydarzenia? To nie jest literatura pędząca na złamanie karku, skupia się na postaciach i ich otoczeniu, ale na nudę nie ma tu miejsca. Podoba mi się też to, jak początkowy chaos powoli klaruje się na naszych oczach tak, jak początkowo niezwiązane ze sobą postaci łączą się w tym wszystkim. Podoba mi się też, jak opowieść rozwija się, a właściwie cofa w czasie, wraz z rozwojem akcji. Trochę za to żal, że sam finał wydaje się nieco zbyt szybki, rozgrzebany tu i tak, nie do końca domknięty, chociaż jednocześnie można powiedzieć: to życie, nie wszystko ma swoje jasno określone rozwiązanie. A właśnie o życiu jest to książka.


Recenzja opublikowana także na portalu Sztukater.

Komentarze