SUPER
DRAGON BALL HEROES
Wiem, wiem, już trochę czasu od premiery tego tomu minęło,
ale lepiej późno, niż wcale. Jakoś na recenzje polskiego wydania parcia nie
mam, po tym, jak regularnie omawiam wszystkie rozdziały, a i każdy tomik
wychodzący w Japonii też. Ale w końcu biorę się za to, no bo i przekład wypada
skomentować, i parę innych rzeczy. Więc jestem. A jaki jest ten tomik? A
całkiem przyjemny, nic super, ale do połowy to wprowadzenie do filmu „Super
Hero”, a druga połowa to właśnie początek mangowej adaptacji tegoż kinowego
przeboju. W skrócie: niezły wstęp skupiony na młodych superbohaterach, a potem
wtórność i brak pomysłów, które jednak czyta się całkiem nieźle.
Tomik w zasadzie podzielony jest na dwie części. Na
początek kontynuowany jest wątek wprowadzający do filmu „Super Hero” i… No w
życiu naszych bohaterów się dzieje. Mai, by nie wzbudzać podejrzeń, ma iść do
szkoły. Ale w szkole pojawia się nowy, dziwny uczeń, który nawet nie jest
człowiekiem, mający odnaleźć ukradziony przez Trunksa dysk. Tymczasem ów Trunks,
który nadal stara się zaimponować Mai, robi wszystko, co w jego mocy, by
pokazać nowemu i dziewczynie, na co go stać, a jednocześnie stara się ukrywać
swoją sekretną tożsamość. Ale wkrótce zagrożenie narasta i cała ta zabawa może
skończyć się zdradzeniem całej prawdy. Przygotujcie się na zombie-androidy
doktora Hedo i iście horrorową akcję!
W drugiej części tomiku zaczyna dziać się już na
całego i bardziej poważnie, bo wydawało się, że Armia Czerwonej Wstęgi została
rozbita, a problemy z androidami rozwiązane raz na zawsze. A jednak jak zawsze
nie wszystko było takie, na jakie wyglądało. Armia powraca, pojawia się nowe
zagrożenie i…
I fajnie jest. Podoba mi się, że w pierwszej
połowie zamiast wielkich walk, równania z ziemią światów i przeciwników
silniejszych niż cokolwiek we wszechświecie, historia skupia się na młodych, na
romantycznych uniesieniach, szkolnym życiu i pomniejszych bandytach. Znany z
filmu Hedo, w Polsce przełożony jako Hafciarzl, w celu kontynuowania tradycji
wymiotnego nazywania doktorków z „DB” (swoją drogą lepiej brzmiałoby dr. Haft –
jakby w nawiązaniu do Dr. House’a, tak, jak dr. Żygago nawiązywał do Żywago,
ale cóż, tłumacz nie poszedł w tym kierunku i trochę szkoda), wciąż tu jest, wciąż działa, dostajemy nieco
więcej informacji na ten temat, ale pewna tajemnica towarzyszy nam przez
kolejne strony. Nie ona jednak jest najważniejsza, a sama akcja, gdzie dużo
jest komedii, cartoonowości, no wszystko, jak kiedyś. Jak na początku „Smoczych
kul” albo w tej przerwie między wielkimi sagami już pod koniec pierwotnej
serii.
Ogólnie rzecz biorąc w tej części Toriyama i
Toyotarou po prostu biorą się i łączą ostatnie wydarzenia znane z mangi z
filmem „Super Hero” i robią to w dobrym stylu. Głównych bohaterów serii nie ma,
brylują tu ich najmłodsze pociechy, ale fajnie to wypada, stanowi podbudowę pod
przyszłe wydarzenia, które już znamy – związek Trunksa i Mai czy nowe androidy
albo kolejny Cell – i samo w sobie bawi. Zarówno jako zamknięta historia, jak i
część większej całości. No i nie czuje się tu braku tych ważniejszych postaci,
fajnie odkrywa się te mniej się udzielające, jak np. Bra, której charakteru i
możliwości dotąd nie mieliśmy jakoś okazji poznać („GT” tu nie liczę). Fajnie
rozwija się wątek Trunks-Mai, a i akcja jest, walka jest. I te fajne,
głupkowate, ale urocze roboty – oldschoolowy, komediowy, taki, jaki polubiłem
lata temu.
A dla tych, którym brakowało akcji jest druga część
tomiku, gdzie zaczyna się adaptacja filmu. Jak w anime, tak i tu, chociaż
Toriyama wraca do przeszłości, sprawia wrażenie, jakby nie miał do końca
pomysłu na to wszystko. Temat Armii Czerwonej Wstęgi? Czemu nie, ale po co
wrzucać tutaj znów androidy, Cella w nowej formie i Gohana, który tak, jak
kiedyś był dzieckiem niepewnym swych mocy, a musiał pokazać co się w nim kryje,
tak teraz jest dorosłym, który szkolenie zaniedbał i znów nie jest pewien tego,
co się w nim kryje, ale znów będzie musiał wysunąć się na czoło i pokazać, że
jednak jest herosem. Więcej zdradzać nie zamierzam, ale wszystko, co tu
widzicie, łącznie z konkretnymi scenami, widzieliście też do tej pory i ja
osobiście chętnie zobaczyłbym coś świeższego, bo seria „Super” (w wersji anime,
bo w mandze, która zaszła dalej, poszło to w nieco innym kierunku) to właściwie
powtarzanie wszystkiego, co już w „Smoczych kulach” było wcześniej.
Tak czy inaczej jednak, dzięki fajnym, dynamicznym
rysunkom, które nie są zepsute filmowy CGI i 3D, wypada to wszystko lepiej, niż
na wielkim ekranie. Dlatego, chociaż od połowy jest wtórnie, wersję mangową
polecam bardziej, niż filmową. Oby tak w końcu wszystkie luki w „DBS” zostały
zapełnione w ten sposób, bo to się tej serii należy. A póki co mamy ten tom,
kolejny niby jeszcze w listopadzie, ale znając wydawcę, różnie z tym być może. Trochę
w wersji tomikowej brakuje mi dwóch okładek rozdziałów, które były w wersji
odcinkowej (na dodatek były w kolorze), trochę brakuje też, żeby rzecz
wychodziła w obwolucie albo chociaż z tym, co na obwolucie wrzuconym w środek,
jak kiedyś w formie wkładki. Ale i tak, mimo wszystkich minusów, cieszę się, że
mamy wciąż „DB” po polsku.





Komentarze
Prześlij komentarz