ODLEGŁY
KRAJ WE ŁZACH
Tak to bywa. Ograłem sobie niedawno najlepsze odsłony
„Far Cry” – 3-5, „New Dawn” i „Prmial” – a że miałem na półce komiks, w końcu
postanowiłem sięgnąć. no i sięgnąłem, przeczytałem – choć raczej należałoby
rzec, że zmęczyłem – i… No i nic. Nie podeszło. Odcinanie kuponików pełną gębą,
pretekstowy, płaski i do bólu kiepski w swej sztampie scenariusz, słabszy nawet
od scenariuszy gier, robią wszystko, by zepsuć niezłe wrażenie, jakie sprawiają
rysunki. I, niestety, udaje im się to nad wyraz skutecznie.
Juan Cortez trafia na Santa Costa, gdzie, jak
zawsze, ma szansę zarobić na konflikcie. Najemnik jakich wielu, acz uzależniony
od środków przeciwbólowych, trafia w sam środek walki o władzę, w której rewolucjoniści
chcą odbić miejsce z rąk tych złych…
O ile lubię „Far Cry”, bo jak tu nie lubić tych
gierek (okej, może dwójka za dobra nie jest, ale jeszcze kiedyś dam jej
szansę), o tyle w szóstkę grać mi się jakoś nie chce. Jedynka i trójka to
fajne, wyspiarskie klimaty, czwórka z górami i śniegiem miała swój urok, piątka
z amerykańskim zadupiem (a potem postapo dodatek) to już w ogóle moja bajka
była, tak samo jak „Primal”, bo jednak prehistoria też do mnie trafia i to
mocno, ale szóstka? Tak, jak afrykańskie klimaty mnie nie kręciły – buro, pusto
i jałowo – tak tym bardziej nie kręci mnie miejscówka w kubańskim stylu. No nie
moja bajka, nie trafia to do mnie, nudzą mnie takie widoki i jeśli mam jeszcze raz
grać w to samo, bo jednak każda część to to samo, to już wole wrócić do
którychś z poprzednich odsłon i pobawić się tym, co lubię. Ale komiks
przeczytałem i więcej takich „perełek” nie zamierzam.
Scenarzysta, ten od choćby „Thorgal: Kriss de
Valnor”, choć już tam za dobry nie był, tu pokazał, że chyba robił to wszystko
na kolanie, od niechcenia i ze znudzeniem. Fabuła nijaka, oczywista, sztampowa,
posklejana z samych klisz gatunkowych. Dialogi takie sobie, in plus, że jest
ich na tyle mało, że czyta się te niemal 90 stron w jakieś pół godzinki, więc
aż tak bardzo nie żal straconego czasu. Postacie? Wszystkie właściwie takie
same, główny bohater odróżnia się właściwie tym, że telepie go na głodzie, więc
coś tam czasem sobie łyknie, ale poza tym drobiazgiem to jeszcze jedna
papierowa kreacja, w której nie ma nic ciekawego. Reszta w ogóle bez serca, bez
ducha, niby różne strony konfliktu, niby różne poglądy, wygląd różny, a jakby
wszyscy tacy sami. To może choć akcja się broni? A no nie broni, tej właściwie
nie ma, tu czasem trochę strzelania, tu trochę gadania, ale ostatecznie nic z
tego nie wynika.
Rysunkowo za to jest fajnie. A raczej dość fajnie,
bo tła świetne, klimacik doceniam, nawet jeśli nie moja bajka, ale postacie
uproszczone do maksimum i jakoś kłócące się z tłem. Ale nie tak, że jakoś
bardzo, choć widać to wyraźnie. Ogół jednak ma sympatyczny europejski look,
niezłą kolorystykę i wypada przyjemnie, choć też to nic specjalnego. Ale to i
tak za mało, by zrobić z tego choć niezły komiks. „Łzy Esperanzy” to rzecz,
która wyciska z czytelnika łzy, ale znudzenia. Wierni fani gier, którym tematu
mało i chcą więcej od biedy mogą, ale reszta… No kiepścizna i cienizna to
straszna i szkoda kasy, oczu i czasu. Gorsze to niż słabe starworsowe komiksy,
a konkurencja w tym wypadku jest gigantyczna.




Komentarze
Prześlij komentarz