Far Cry: Łzy Esperanzy – Mathieu Mariolle, Afif Khaled, Salahdin Basti

ODLEGŁY KRAJ WE ŁZACH

 

Tak to bywa. Ograłem sobie niedawno najlepsze odsłony „Far Cry” – 3-5, „New Dawn” i „Prmial” – a że miałem na półce komiks, w końcu postanowiłem sięgnąć. no i sięgnąłem, przeczytałem – choć raczej należałoby rzec, że zmęczyłem – i… No i nic. Nie podeszło. Odcinanie kuponików pełną gębą, pretekstowy, płaski i do bólu kiepski w swej sztampie scenariusz, słabszy nawet od scenariuszy gier, robią wszystko, by zepsuć niezłe wrażenie, jakie sprawiają rysunki. I, niestety, udaje im się to nad wyraz skutecznie.

 

Juan Cortez trafia na Santa Costa, gdzie, jak zawsze, ma szansę zarobić na konflikcie. Najemnik jakich wielu, acz uzależniony od środków przeciwbólowych, trafia w sam środek walki o władzę, w której rewolucjoniści chcą odbić miejsce z rąk tych złych…

 

O ile lubię „Far Cry”, bo jak tu nie lubić tych gierek (okej, może dwójka za dobra nie jest, ale jeszcze kiedyś dam jej szansę), o tyle w szóstkę grać mi się jakoś nie chce. Jedynka i trójka to fajne, wyspiarskie klimaty, czwórka z górami i śniegiem miała swój urok, piątka z amerykańskim zadupiem (a potem postapo dodatek) to już w ogóle moja bajka była, tak samo jak „Primal”, bo jednak prehistoria też do mnie trafia i to mocno, ale szóstka? Tak, jak afrykańskie klimaty mnie nie kręciły – buro, pusto i jałowo – tak tym bardziej nie kręci mnie miejscówka w kubańskim stylu. No nie moja bajka, nie trafia to do mnie, nudzą mnie takie widoki i jeśli mam jeszcze raz grać w to samo, bo jednak każda część to to samo, to już wole wrócić do którychś z poprzednich odsłon i pobawić się tym, co lubię. Ale komiks przeczytałem i więcej takich „perełek” nie zamierzam.

 


Scenarzysta, ten od choćby „Thorgal: Kriss de Valnor”, choć już tam za dobry nie był, tu pokazał, że chyba robił to wszystko na kolanie, od niechcenia i ze znudzeniem. Fabuła nijaka, oczywista, sztampowa, posklejana z samych klisz gatunkowych. Dialogi takie sobie, in plus, że jest ich na tyle mało, że czyta się te niemal 90 stron w jakieś pół godzinki, więc aż tak bardzo nie żal straconego czasu. Postacie? Wszystkie właściwie takie same, główny bohater odróżnia się właściwie tym, że telepie go na głodzie, więc coś tam czasem sobie łyknie, ale poza tym drobiazgiem to jeszcze jedna papierowa kreacja, w której nie ma nic ciekawego. Reszta w ogóle bez serca, bez ducha, niby różne strony konfliktu, niby różne poglądy, wygląd różny, a jakby wszyscy tacy sami. To może choć akcja się broni? A no nie broni, tej właściwie nie ma, tu czasem trochę strzelania, tu trochę gadania, ale ostatecznie nic z tego nie wynika.

 


Rysunkowo za to jest fajnie. A raczej dość fajnie, bo tła świetne, klimacik doceniam, nawet jeśli nie moja bajka, ale postacie uproszczone do maksimum i jakoś kłócące się z tłem. Ale nie tak, że jakoś bardzo, choć widać to wyraźnie. Ogół jednak ma sympatyczny europejski look, niezłą kolorystykę i wypada przyjemnie, choć też to nic specjalnego. Ale to i tak za mało, by zrobić z tego choć niezły komiks. „Łzy Esperanzy” to rzecz, która wyciska z czytelnika łzy, ale znudzenia. Wierni fani gier, którym tematu mało i chcą więcej od biedy mogą, ale reszta… No kiepścizna i cienizna to straszna i szkoda kasy, oczu i czasu. Gorsze to niż słabe starworsowe komiksy, a konkurencja w tym wypadku jest gigantyczna.

Komentarze