Wielkie klonowanie trwa. Ja wiem, że ostatnio omawiałem finałowe numery polskiego wydania przygód Spidera, a teraz od razu przeskakuję do trzeciej części ich kontynuacji, ale... No właśnie, o pierwszych dwóch już kiedyś pisałem, więc teraz po prostu, żeby się nie powtarzać, lecę dalej (acz zbiorcze tomiszcze z tymi zeszytami i całą resztą też zamierzam omówić, w wolnej chwili). A wracając do tego numeru, to po prostu kolejny rozdział „Clone Sagi”, który po polsku miał być, ale najpierw przestano wydawać serię, a potem wydawnictwo upadło i... No i co prawda wszystko, co najważniejsze wyjaśniło się w pierwszym rozdziale (czyli kto zostanie głównym Spider-Manem), ale teraz Scarlet Spider dalej umacnia swoje panowanie. I chociaż umacniać właściwie nie ma czego, dostajemy tu, o dziwo, bo już jakiś czas cały ten event się sypie, kawał dobrego, nastrojowego zeszytu, który warto poznać. I fajne rozwinięcie tego nowego w serii otwarcia.
Scarlet Spider wpadł w pułapkę. Badając biuro
Sewarda Trainera został porażony i schwytany przez wrogów. Kto jednak tego
dokonał? I dlaczego? Jakie sekrety skrywa to miejsce? I czym skończy się ta
przygoda?
Howard Mackie nie należy do najlepszych
scenarzystów, ale pisane przez niego komiksy mają swój ewidentny urok. Nie inaczej
jest z tym numerem „Spider-Mana”. Owszem, to tylko prosta rozrywka, która
skupiona jest wokół uwięzienia Scarlet Spidera i akcji z tym związanej, ale
czyta się to dobrze, dialogi – może i pełne powagi i patosu, a pamiętajmy, że
Ben miał być nieco lżejszą wersją Petera, który w owym czasie pozostawał
ponurym, złamanym facetem – ale pasujące do treści i nastroju panującego na
stronach.
A ten potęgują udane ilustracje Pata Brodericka,
który – jak większość jego kolegów z tego okresu – operuje kreską łącząca
realizm z prostotą, ale prostotą daleką od cartoonowych naleciałości dzisiejszych
komiksów. Do tego mamy świetny kolor, niby barwny, ale odpowiednio klimatyczny.
Fanom polecać nie musze, tym, którzy nie czytali poprzednich zeszytów nie
zamierzam, bo to opowieść którą trzeba czytać ciągiem, ale powiem jedno: warto
ją poznać. Może to i kicz, może tandeta, ale zabawa jest lepsza, niż można by
sądzić po wszystkich tych słowach krytyki, jakie padły w odniesieniu do „Sagi
klonów”.



Komentarze
Prześlij komentarz