NATURA
KONTRA TECHNOLOGIA
Żywy beton. I od razu skojarzenie z „Concrete”
Paula Chaadwicka, serią komiksową debiutującą w 1986 roku, acz po polsku nigdy
niewydaną, co nie znaczy, że nieznaną. Z tym, że tam mamy bohatera, który staje
się swoistym golemem – ludzki mózg przeszczepiony zostaje przez kosmitów do
ciała stworzonego z substancji przypominającej beton właśnie, a tu w inne
klimaty idzie to wszystko, ale skojarzenie zostało. Bywa. Trochę innych
skojarzeń też się pojawiło, inaczej się nie da, bo rzecz w zasadzie złożona jest
z różnych gatunkowych elementów nam już znanych, ale nie zmienia to faktu, że
debiutancką powieść Głowacza czyta się całkiem dobrze, a rzecz pozostawia po
sobie pozytywne wrażenie.
Akcja powieści zabiera nas do świata, w którym to, co
zaawansowane, toczy nieustanną walkę z tym, co naturalne. W mieście przyszłości,
gdzie ochronę dla jego mieszkańców stanowi tytułowy żywy beton, Lulu,
detektywka, musi poradzić sobie z nowym zleceniem w postaci odnalezienia
zaginionej osoby. Niby standard, niby typowa rzecz, ale nie do końca, bo to
jedna z takich spraw, że wszystko się gmatwa, plącze i okazuje się czymś
zupełnie innym, niż się wydawało. I jak sobie z tym wszystkim poradzić? Jak się
w tym odnaleźć?
To nie jest moje pierwsze spotkanie z prozą
Głowacza. Czytałem kiedyś jego „Bajki postnuklearnej pustyni” i, jak na
możliwości wydawnictwa Alternatywnego, była to całkiem przyjemna rzecz, ale
jednocześnie nie był to zbiór, który zrobiłby na mnie jakieś szczególne
wrażenie. Przeczytałem, szybko poszło i szybko wypadło z pamięci. Próbuję sobie
coś przypomnieć, skojarzyć, nic, biała plama. Ale „Żywy beton”, debiutancka
powieść, ale też i w zasadzie profesjonalny debiut autora, pozostawił po sobie
całkiem przyjemne wrażenie. Ja wiem, że to książka złożona ze schematów, bo
bohaterka, jakby podpatrzona u Ziemiańskiego (acz do Achai czy Toy to jednak
jej daleko), ze światem też trochę, jak u Ziemiańskiego, a trochę, jakby
podpatrzonego czy tu w klasyce SF, czy w mangach nawet (jakoś tak mi czasem w
tym pobrzmiewało coś z Niheiego, ale Nihei w swojej twórczości i kreacji świata
poszedł o wiele dalej, pokazując nam przyszłość, w której z natury nie tyle nic
nie zostało, ile to technika stała się nową naturą, podczas gdy u Głowacza wciąż
trwa jeszcze walka). I tak to leci sobie do przodu.
Ale leci całkiem na poziomie. Okej, przy redakcji
tekstu wyciąłbym autorowi pewne powtórzenia, a i fabularnie bardziej
ograniczyłbym czystą akcję, na rzecz pewnych ambicji, pogłębienia postaci –
szczególnie głównej bohaterki, która aż się o to prosiła – i tym podobnych, ale
„Żywy beton” czyta się szybko, lekko i całkiem przyjemnie. Efektu wow, jakichś
autentycznych zachwytów nie ma, widać tu pewne potknięcia debiutanta, a zwroty
akcji nieszczególnie zaskakują, a tempo czasem spada bez uzasadnienia, ale
jednocześnie to po prostu niezła, rzetelna stricte rozrywkowa robota. Prosta, niewymagająca
powieść dla tych, którzy chcą silnej bohaterki, nieźle skrojonej rzeczywistości
i solidnej dawki konkretnej akcji. Trochę SF, trochę przygodówka, trochę
sensacja, trochę tego, trochę tamtego. Nie ma tu mocnych akcentów, jak u
Ziemiańskiego, nie ma takiej ostrej erotyki i brutalności.
Jako, że akurat mam fazę na Ziemiańskiego i
odświeżam sobie „Achaję” (a i chętnie
sięgam po podobne klimaty), „Żywy beton” trafił do mnie w dobry czas. Bawiłem się
nieźle, nie żałuję poświęconego książce czasu i godzin spędzonych w towarzystwie
tych postaci. A i doceniam też samo wydanie, bo znakomita okładka i świetne
ilustracje w środku (Zaręba nie zawodzi!) tylko podnosiły jakość całości. Jeśli
więc takie klimaty są dla Was, śmiało możecie sięgnąć. A i pewnie doczekamy się
ciągu dalszego, bo autor tak skroił swój świat, że aż prosi się o dalsze i lepsze
jeszcze jego wykorzystanie.


Komentarze
Prześlij komentarz