CHOINKA
WĘDROWNA
„Choinka Pana Igiełki” – no przesympatyczna i
przeurocza to książeczka. Niby tylko trzydzieści dwie strony, ale ile w tym
siły, ile magii i piękna ile. No ale wiadomo, klasyka, w Polsce niezbyt znana,
nawet z filmowej (powstała telewizyjna krótkometrażówka typu Christmas Special
z Kermitem) adaptacji. No ale mamy teraz tę książeczkę i jest się z czego
cieszyć, bo świetna to rzecz dla całej rodziny, pięknie ilustrowana i choć
połknąć ją można w kilka minut, nieraz będziecie do niej wracać w okresie przedświątecznym.
Pan Igiełka kupuje choinkę. No i się zaczyna. Bo
chciał największą i największą ma, ale… Właśnie, szybko okazuje się, że drzewko
jest zdecydowanie za duże. Czubek trzeba zatem odciąć, wyrzucić i… Koniec?
Wręcz przeciwnie, bo tak dopiero zaczyna się przygoda tej choinki!
„Choinka Pana Igiełki” zadebiutowała w 1963 roku,
kawał czasu temu, prawda? Niepozorny picture book z trochę komiksowym
zacięciem, bo często grafikom nie brakuje tej kojarzonej z opowieściami
graficznymi sekwencyjności, która dodaje im pewnej niemal filmowej narracji, a
jednak jak uroczy, jaki fajny i w ogóle. Historia jest zabawna, pełna przewrotności,
ale i akcji. Bo właśnie akcją to wszystko stoi – akcją, która tytułowe drzewko
rzuca w swoistą podróż z miejsca na miejsce. No materiał na iście komiczny, ale
i pełen ciepła film o tym, jak coś pozornie niepasującego i zbędnego, może
jednak przynieść radość niejednemu człowiekowi. Czyli jest tak, jak powinno być
w każdej dobrej opowieści świątecznej, która ma nas wprowadzić w nastrój Świąt
i tego, co w nich ważne.
A skoro o filmie mowa, nie mogę nie wspomnieć o tej
nadmienionej już na wstępie adaptacji. Niby to nic takiego, bo w 1995 roku
(dokładnie szóstego grudnia, jakby kogoś to ciekawiło), stacja CBS wyemitowała
półgodzinną, specjalną produkcję świąteczną znaną w Polsce pod tytułem: „Drzewko
pana Willowby” (w oryginale w końcu rzecz nazywa się „Mr. Willowby's Christmas
Tree”). Niby nic takiego, ale rzecz nakręcono jako filmik z Muppetami – żaba
Kermit był narratorem, na dodatek specjalnie do produkcji powstało wiele nowych
lalek – a zagrali w niej m.in. Robert Downey Jr. (w tytułowej roli) czy Leslie
Nielsen, jako Baxter the Butler. Ot taka ciekawostka.
Wracając do książeczki, to mamy tu jeszcze naprawdę
świetne, kolorowe ilustracje, cartoonowe, ale pełne uroku, magii Świąt i tego
bożonarodzeniowego klimatu, którego szukamy w podobnych dziełach. A i wydanie prezentuje
się naprawdę świetnie (twarda oprawa, dobry papier, świetna jakość druku). Po
prostu chce się po książkę sięgnąć, ładnie wygląda na półce – i w środku też – i
ma w sobie po prostu to tak zwane „coś”.
Więc polecam z czystym sercem i sumieniem. I
zachęcam. Czy na Święta (wtedy wchodzi najlepiej), czy nie, dobre książki tak, jak dobre pozostają niezależnie od gatunku, tak i warte
są polecenia bez względu na porę roku, jaka panuje za oknami czy na stronach. A
na Boże Narodzenie, czy to jako prezent gwiazdkowy, mikołajkowy czy tak po
prostu, ta książeczka będzie jak znalazł i idealnie podkreśli atmosferę (czy
też może w nią wprowadzi). Czy trzeba czegoś więcej? Może dydaktyzmu, ale ten
też jest tu obecny i to w tej uroczej, nienachalnej formie, która nikogo nie
zniechęci.



Komentarze
Prześlij komentarz