DRAGON
BÓL ZET
Dragon
ball Z, notre héros au grand coeur
Dragon
ball Z, sera toujours vainqueur
Dragon
ball Z, il fera triompher
Dragon
ball Z, l'amour et l'amitié
- Ariane Carletti
A więc „Zetka”. Kultowa, legendarna „Zetka”, ta,
którą ogólnie ceni się najbardziej ze wszystkich dragonballowych rzeczy, jakie
powstały. Ta „Zetka”, która w tym roku świętowała swoje trzydziestopięciolecie
powstania (debiutowała w kwietniu 1989 roku). Wróciłem do niej po latach, bo
jakoś ochota, choć w sumie na „DB” ochota jest zawsze. No i nie da się tego nie
uwielbiać. I wolę go od wierniejszej mandze, ale ocenzurowanej w wielu
momentach wersji „Kai” (okej, wersja z RTL7, którą w dzieciństwie wszyscy
oglądaliśmy też miała cenzurę), chociaż zazwyczaj fillerów w animcach nie
znoszę, a tych trochę się tu znalazło (w tym niezapomniany wątek z C-6).
Fabuła zaczyna się wkrótce po wydarzeniach
poprzedniej serii. Gokū ułożył sobie życie rodzinne, na świecie zapanował
spokój… Ale nagle, po kilku latach ciszy, na Ziemi zjawia się wróg, niejaki
Radditz, kosmita podający się za… brata Gokū! Walka z nim okaże się jednak
wyzwaniem na jakie nasi bohaterowie nie są gotowi. By go pokonać, Gokū będzie
musiał oddać życie, ale niestety, ku Ziemi nadlatują już wrogowie jeszcze
potężniejsi, a jakby tego było mało, są oni jedynie pyłkiem w porównaniu z prawdziwym
złem, które czeka na herosów już niedługo! Wyprawa w kosmos, walka ze swoistym
kosmicznym imperatorem, androidy, wróg z przyszłości będący mieszanką wszystkich
herosów, a wreszcie przedwieczny byt, z którym nawet bogowie mieli wielki
problem i nie zdołali go zniszczyć… To wszystko i jeszcze więcej czeka na Gokū
i jego ekipę!
„Dragon Ball” był komediową, choć często jakże
dramatyczną, przygodówką. Taką historią o dojrzewaniu, fizycznym, ale i do roli
bohatera, dźwigającego swoje brzemię. Im dalej w ten las jednak, tym bardziej
bitewniakowe się to wszystko stawało. Taki w sumie wymóg rynku. Toriyama
uwielbiał komedie, ale w świecie mang shounenowych, jak wiadomo, wszystkie
komedie i tak w końcu muszą stać się bitewniakiem, jeśli chcą być wielkim
hitem. „DB” to tego najlepszy przykład – seria nie radziła sobie tak dobrze,
dopóki Tori nie wprowadził turnieju sztuk walki. Potem musiało to już polecieć
z górki i coraz bardziej wejść w schemat prania się po mordach z coraz to
potężniejszymi wrogami. I „Zetka” to właśnie kwintesencja tej dragonballowej
bitewniakowości.
To właśnie tu walki zaczynają toczyć się przed
kilkadziesiąt odcinków, rozrastając się niemal do granic absurdu. Tu też
pojawiają się przemiany bohaterów, coraz większe moce, coraz większy rozmach…
Tori jednak – a twórcy anime za nim – nie porzucił humoru, świetnych kreacji
postaci, a wrogów w szczególności, a także całkiem fajnych, coraz bardziej
złożonych fabuł. To, co w tej serii najlepsze, to dla mnie osobiście kwestia,
która zmienia się z czasem. Za dzieciaka, czyli wtedy, kiedy też nie czuło się
rozwlekłości walk, choć teraz mocno rzuca się to w oczy (mówię o wybuchu Namek,
który miał zająć kilka minut, a zajął parę półgodzinnych epizodów… Acz to i tak
nic w porównaniu z wielkim turniejem na koniec serii „Super”, choć o tym opowiem
innym razem), najbardziej lubiłem starcie z Frizerem. Epicka akcja, zniszczenie
całej planety, śmierć wielu bohaterów, przemiana Gokū, krwawa akcja, dramat,
poświęcenie, walka na wielu frontach, wreszcie ten patos, ale patos, który nie
drażnił. Miodzio, jak to mówią. I nadal robi to wrażenie.
Ale z czasem bardziej polubiłem „Sagę Buu”. Bo raz,
że genialny, sympatyczny wróg, dwa, że akcja jest potężniejsza, ale też i
bardziej złożona. Dzieje się tu dużo, to na Ziemi, to w ciele Buu, to w
zaświatach. Roznduowana zostaje boska mitologia serii, wprowadzone są nowe
postacie, dochodzą wątki z magią, w akcji bierze udział jeszcze więcej postaci…
Robi to wrażenie, potrafi rozbawić, czego w innych sagach za wiele nie ma i
chociaż to, że im Gokū potężniejszy, tym mocniejszych wrogów spotyka bywa
naciągane, i tak świetnie się to ogląda.
Oczywiście uwielbiam też całą resztę, bo wszystko
zostało świetnie zrobione, rozmach urzeka, a wykonanie wersji anime jest na
poziomie, z prostym kolorem, fajnym klimatem i masą włożonego w zrobienie tego wszystkiego
wysiłku. Świetnie się to ogląda, naprawdę nadal robi wrażenie i wpada w oko.
Nadal nie pozwala się nudzić ani na moment, a chociaż od premiery minęło tyle
lat (od mangi jeszcze więcej), wciąż jest w tym dużo świeżości i jakaś taka
oldschoolowa magia, przy której bledną współczesne shouneny i bitewniaki. Za
dzieciaka, z tym kiepskim rtl-owym przekładem, to było naprawdę coś. waliło po
głowie, zachwycało, urzekało. Niby prosta, rozrywkowa robota, a jednak
magiczna. Teraz, po latach, nie straciła nic ze swojego uroku, chociaż znam to
wszystko na pamięć. Więc ile razy bym nie czytał i nie oglądał (a nawet nie
zliczę, ile tego było, szczególnie czytania mangi, którą kiedyś odświeżałem
sobie zawsze na wakacje, przez długie lata, pochłaniając 42 tomy w tempie
niemal czterech tomików dziennie), nigdy mi się to nie nudzi.






Komentarze
Prześlij komentarz