STAŁO
SIĘ COŚ… ZNAJOMEGO
To, co sprawiło, że zwróciłem na te powieść uwagę,
okazało się jednocześnie jednym z gwoździ do jej trumny. O co chodzi? A o ten
doskonale każdemu fanowi fantastyki i horroru znany pomysł, który przez
sentyment – albo dla tych, którzy zupełnie ignorowali popkulturowe dokonania i
nie poznali go jakimś cudem wcześniej – ich pociąga, a który w tym wykonaniu
może nie leży i nie kwiczy, bo można było to zrobić gorzej, ale na pewno nie
został tu dobrze wykorzystany. W efekcie dostajemy mocno przeciętną, nużącą
książkę, której lektura jest męcząca, jak brnięcie przez głęboki śnieg, a po
tej wędrówce nie daje nam satysfakcji z dobrnięcia do celu.
Śnieg, lód, pustka i Instytut Północny, dawny
ośrodek badawczy, w którym coś się stało, a który teraz prawie nie istnieje.
Naukowcy zniknęli, ewakuowani z tego miejsca, został tu tylko jeden z nich oraz
trzej nadzorcy, bo gdyby jednak zechciano tu wrócić i wznowić całą działalność,
trzeba utrzymać placówkę w dobrym stanie. Ni i przy okazji ci jego obecni
nieliczni mieszkańcy nie mogą opuszczać Instytutu.
I wtedy pojawia się problem, bo w śniegu dostrzegają
dziwny obiekt. Obiekt specyficzny, o którym nie są w stanie powiedzieć nic
konkretnego – nawet jak wygląda, ani czy w ogóle jest. Ale chyba musi być,
skoro zaczynają dziać się dziwne rzeczy, prawda? A może to z nimi samymi coś
się dzieje? Cokolwiek to nie jest, nikt nie wie, czym może się skończyć…
Intrygująco brzmi ten opis, prawda? No i mogło być intrygująco,
gdyby zrobić z tego opowiadanie. Okej, nadal by coś nam zgrzytało, bo za
podobne to treścią do klasyki, ale jeszcze dałoby się przeżyć. Ale w formie, w
której rzecz trafia w nasze ręce coś, co męczy i nuży, a mało ciekawi. Nie
mówię, że wcale, ale to, co najciekawsze, jest już podkradzione od innych, a
zbytnie rozciągnięcie tego wszystkiego zatraca gdzieś dynamikę, która mogłaby
obronić tak stricte rozrywkową prozę, jak ta.
No bo tak, znacie „Coś” – pewnie najbardziej z
wersji Johna Carpentera z 1982 roku. Klasyka horroru, nie przypadkiem do dziś
uwielbiana. Rzecz w tym, że to „Coś” kinowo było znane już od 1951 roku za
sprawą filmu „Istota z innego świata”, a wszystkie te adaptacje (łącznie z
filmowym prequelem z 2011, komiksami, grami i całą masą wszystkiego, co z
tematem jest związane) i tak swoje korzenie mają w opowiadaniu „Kim jesteś?” z
1938 roku. No a przecież jeszcze ten pomysł wykorzystana w serialu „Z archiwum
X”, a i King coś podobnego, acz bez śniegu, zrobił w „Stukostrachach” (których
echa też tu widać). A to tylko te najbardziej znane i oczywiste. Temat wyeksploatowany?
Tak, ale jak widać są ludzie, którzy jeszcze się za niego biorą. Niestety bez większego
talentu, finezji i możliwości przekucia całości choćby w hołd klasyce, a nie na
niej żerowanie.
Sean Adams, autor książek o designie, zrobił
książkę-mieliznę, w której przez większość czasu w zasadzie nic się nie dzieje.
I nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam książki, w których pozornie nie dzieje
się nic, gdzie autorzy przez kilkadziesiąt stron potrafią opisywać detale właściwie
nieistotne, tu po prostu nie ma nic porywającego. Jest za to monotonia opisów,
jest płaska bardzo psychologia – choć autor próbuje się zagłębić w postacie, nie
przeczę – i jest bardzo prosty, ubogi styl, czasem z nie do końca przekonującym
mnie przekładem, bo użycie niektórych słów po prostu brzmi kiepsko, a całość
nie zaskakuje ani nawet nie ma klimatu, na jaki liczyłem.
Ale tragedii też nie ma. Jest jednak tylko
literacka przeciętność, niewyszukana i dość nijaka. Potencjał był, fajnie można
było wykorzystać nastrój miejsca, sentymenty, psychologię i ograniczenia, ale
się nie udało. I tyle.

Komentarze
Prześlij komentarz