KONTENER
ZŁA
John Ajvide Lindqvist. Nie jest to może najpopularniejsze
w naszym kraju nazwisko, ile jego powieści wyszło w naszym kraju? Naliczyłem
cztery, choć mogę się mylić, do tego ze dwie antologie, gdzie były jego
opowiadania. Tyle. W zasadzie niewiele, jak na autora, który przez dwadzieścia
lat kariery (w tym roku obchodzi właśnie to dwudziestolecie) wydał ponad
dwadzieścia książek i kilka sztuk. Ale ważne, że nie został zapomniany, że
jakiś czas temu wydawnictwo Zysk wypuściło niezłą antologię z jego tekstem, a
teraz serwuje nam jedną z najnowszych powieści (a jeszcze nowszą ma podobno w
przyszłym roku wydać Mag). I ta właśnie wydana, „Życzliwość”, to kawał
świetnej, nieoczywistej powieści, która zadowoli najbardziej tych miłośników
horroru, wolących jednak coś bliższego życia i z solidnym obyczajowo-dramatycznym
zacięciem, niż typowego, nijakiego straszaka z szybką akcją.
Jesienią 2018 roku w Norrtälje, małej mieścinie
położonej nad morzem, dochodzi do z pozoru normalnego odkrycia: oto na brzegu
pojawia się kontener. Niby nic takiego, ale jednak znalezisko niepokoi ludzi.
Wkrótce jednak w mieście zaczyna źle się dziać – tytułowa ludzka życzliwość
zostaje zamieniona na gniew, złość, wszystko to, co negatywne i złe. Tu na
scenę wkroczą oni, Siw i Max, którzy – wraz z przyjaciółmi, będą musieli stawić
czoła temu, co pojawiło się w Norrtälje, ale też i własnym życiom, które ich
nie oszczędzają…
O Lindqviście po raz pierwszy usłyszałem, kiedy lata
temu obejrzałem doskonały skądinąd film „Wpuść mnie” (mówię o szwedzkim filmie
z 2008, nie słabej amerykańskiej wersji nakręconej dwa lata później). To wtedy
też wydawnictwo Amber podchwyciło temat i w ciągu dwóch lat wydało zarówno
powieściowy pierwowzór, jak i dwie inne książki autora. niestety potem na
długie lata porzucono nad Wisłą prozę autora, by w roku 2022 opublikować po
polsku dwie jego krótkie formy w antologiach „Mistrzowie opowieści:
Skandynawskie lato” i „Lśnienie w ciemności: Dla uczczenia dwudziestolecia
Lilja’s Library” (w tej ostatniej, poświęconej stronie dotyczącej twórczości
Stephena Kinga znalazł się nie tylko dlatego, że pisze horrory, ale przede wszystkim
z powodu faktu, że robi rzeczy podobne do Kinga, ale to tym potem). I dopiero
teraz powrócił z nową powieścią, konkretem grubości (niemal 750 storn) i, co tu
dużo mówić, jakości.
„Życzliwość” to powieść w doskonale znanym nam stylu – kingowym. Małe miasteczko, dużo obyczajowości, zło niepostrzeżenie wkradające w codzienne życie… Znamy to, King w dawnych latach był mistrzem takiej literatury, od lat jednak nie potrafi już pisać tak, jak kiedyś, a Lindqvist jest godnym następcą tej tradycji. Może „Życzliwość” nie jest tak dobra, jak najlepsze tego typu książki mistrza horroru z Maine, ale jest też o niebo lepsza od większości tego, co King robi obecnie. Jakbym miał do czego porównać tę powieść, powiedziałbym, że to taki typ historii, jak „To”, „NOS4A2”, „Letnia noc”, „Koko” czy, dla tych, którzy wolą ogląda, niż czytać, „Stranger Things”, choć tu akurat w mniejszym stopniu ze względu na rozłożenie akcentów. W „Życzliwości” złe siły i element fantastyczny są obecne, ale liczą się przede wszystkim sprawy przyziemne, życie, problemy, ludzie… Skupia się autor, by podbudowa obyczajowo-psychologiczna nie tylko była wyrazista, ale wręcz była sednem wszystkiego. Lindqvista, tego faceta o wyglądzie szwedzkiej wersji Tima Burtona (okej, kwestia tego, które zdjęcie oglądamy), interesują jego postacie, ich świat, problemy, życia… Pozwala nam się z nimi zżyć, poznać ich, zrozumieć, czasem polubić, czasem nie. A wybrzmiewa to tym mocniej, że rzecz w ostatecznym rozrachunku okazuje się być bardzo osobistą, pełna autobiograficznych niemalże wtrętów.
Jednocześnie John dorzuca do tego sporo popkulturowych
odniesień, znajomych motywów czy puszczania oka do czytelnika. Kupił mnie iż
dwustronicowym pierwszym fragmentem, gdzie nastoletnia dziewczyna bierze udział
w akcji rodem z „Pogromców duchów 2” (scena z wózkiem – zresztą ta książka to w
ogóle przypomina ten film, w końcu w obu przypadkach mamy do czynienia z dziwną
siłą, która sprawia, że ludzie zaczynają się zachowywać coraz gorzej), świetnie
nakreślając klimat, postacie już może mniej, bo często są takie same, ale jednak dają radę, a i samą akcję, też dobrze skroił, balansując przy tym na styku
literatury popowej i jednak czegoś z ambicjami. A potem jest jeszcze lepiej i
choć czasem w całej tej gawędzie, bo to właśnie taka gawędziarska książka,
zdarzają się fałszywe i zbędne nuty (a wydawca się nie popisał, bo redakcja i
korekta, nie pierwszy zresztą raz u wydawcy, pozostawiają sporo do życzenia, podobnie jak przekład, który nie radzi sobie z odniesieniami do popkultury, kultury etc. - mamy tu np. takie kwiatki, jak Test Bechdela, zamiast Bechdel, czy naprzemienne zapisywanie imienia Siw raz jako Siw, raz jako Siv),
jako całość rzecz mnie wciągnęła, urzekła i dostarczyła solidnej dawki
rozrywki, od której ciężko było się oderwać. Ale Lindqvist, gości, który tak
lubi The Smiths (kolejna rzecz, która nas łączy, a jest ich sporo), że od
tytułu jednego z ich kawałków nazwał swoją najsłynniejszą powieść, a i tu nie pomija bandu, jest swoją
twórczością mi bliski i po prostu do mnie trafia, nawet jeśli czasem (momenty z boskiej perspektywy) bardzo mocno zawiesić niewiarę, by coś łyknąć. Obyśmy – i to takie moje
samolubne życzenie, ale mało mamy naprawdę dobrych współczesnych horrorów z
ambicjami, więc chyba czytelnikom wyjdzie to na dobre – tym razem szybko nie
zakończyli przygody jego prozą i kolejne powieści szwedzkiego mistrza horroru
trafiły w nasze ręce w niedługim czasie, bo są tego warte.

Komentarze
Prześlij komentarz