POLOWANIE
NA WIELKIEGO ZWIERZA
„Hrabstwo Harrow” to niezła seria – tylko
tyle i aż tyle, w zależności od tego, jak na to spojrzeć. Dla mnie, po
wszystkich tych pochwałach, które czytałem na jej temat, zachwytach,
wzdychaniach i superlatywach, fakt, że nie jest to komiks wybitny, a
przynajmniej rewelacyjny ani nawet bardzo dobry, stanowił pewne rozczarowanie.
Wciąż jednak mamy tu do czynienia z nienajgorszą opowieścią, która nawet jeśli
nie jest przełomowa – tak w swoim gatunku, jak i w medium obrazkowym w ogóle –
warta jest poznania, choćby dla przekonania się o co tyle szumu.
Zacznijmy jednak od tego o czym właściwie opowiada
ta seria. Wydarzenia w niej opisane przenoszą nas do lat 30. XX wieku, kiedy to
żyć przyszło osiemnastoletniej Emmie. Jak się domyślacie nie jest to zwykła
dziewczyna. Kto zatem? Najnowsze wcielenie zabitej w Harrow przed
laty wiedźmy Hester Beck. Nie dość jednak, że mieszkańcy okolicy chcą się jej
pozbyć, to jeszcze dzieją się tu najróżniejsze, coraz dziwniejsze rzeczy...
W piątym tomie Emma zaczyna odkrywać coraz więcej faktów
ze swojej przeszłości. Staje się to możliwe – i łączy się z odkrywaniem
tajemnic Porzuconego, olbrzymiego stwora, który praktycznie nie wychodzi ze
swojej leśnej kryjówki w Harrow – właśnie dzięki rozmowom z tą bestią.
Rzecz w tym, że pojawiają się kłopoty, kiedy w hrabstwie zjawiają się myśliwi.
Nie spodziewają się jednak, co takiego czeka na nich w lasach...
Cullen Bunn nie należy do czołówki
najwybitniejszych współczesnych scenarzystów komiksowych. To raczej typowy
wyrobnik, który miewa dobre pomysły, potrafi je przekuć w udaną pod względem
wykonania historię i robi to w sposób rzemieślniczo dość sprawny, niemniej w
tym miejscu kończy się jego talent. Może to wina wydawców, którzy najczęściej
nie pozwalają autorom rozwinąć skrzydeł, zamykając ich w ramach opowieści,
które na pewno się sprzedadzą, ale na rozwój już nie pozwolą, a może Bunn nie
potrafi wybić się ponad to – w końcu „Hrabstwo Harrow” wyszło w
Stanach nakładem Dark Horse Comics, czyli oficyny mocno niezależnej – ale
faktem jest, że twórca ten nie wznosi się ponad innych twórców zajmujących się
podobnymi komiksami. Niemniej należy pamiętać, że „Hrabstwo”, nawet jeśli nie
jest wybitne, oferuje nieco typowej rozrywki dla miłośników horrorów,
posklejanej ze schematów i motywów, które lubią.
Fabularnie seria ta jest skupiona bardziej na
ludziach, niż niezwykłych wydarzeniach czy grozie, ale i tych elementów tutaj
nie brakuje. Akcja nie pędzi jednak na złamanie karku, jest stosunkowo spokojna
i stonowana, co należy zaliczyć jej in plus, jednak kiedy trzeba, Bunn potrafi
zaatakować nas krwawymi, mocnymi sekwencjami. Problem w tym, że to już było. Wszystko.
Gadająca opętana lalka (chyba nie muszę wymieniać w ilu dziełach to było),
rodzina istot, które są ludzkie tylko na pierwszy rzut oka (jak w „Sandmanie”,
ale bez wyrazu tym razem), coś w lasach zabijające ludzi, sekrety przeszłości,
wreszcie bohaterka, która jest wcieleniem czarownicy sprzed lat. Trochę sztampa,
acz czyta się szybko i to zaliczam in plus. Największą siłą całości pozostają
jednak znakomite ilustracje w wykonaniu Tylera Crooka. Prace Carli Speed McNeil
też są niezłe, ale to właśnie Crook, z tym swoim klasycznie kładzionym kolorem,
pełnym ciepłych, pastelowych barw, zrobił na mnie największe wrażenie.
Warto też docenić samo wydanie. Twarda oprawa,
papier kredowy... To już co prawda standard, ale zawsze jakże miły. W tomie nie
brakuje także dodatków: szkice z komentarzami, fragment scenariusza jednego z
zeszytów, do tego całkiem udany materiał zza kulis, ukazujący postępy pracy nad
poszczególnymi elementami komiksu robią wrażenie. Większe, niż całości, ale
ogólnie „Hrabstwo Harrow” momentami miewa swój urok, nawet jeśli nie
wyszło do końca tak, jak bym tego oczekiwał i kto ma niedosyt horrorów, przeczytać
w zasadzie może.




Komentarze
Prześlij komentarz