Hrabstwo Harrow #5: Porzucony – Cullen Bunn, Tyler Crook, Jenn Manley Lee, Carla Speed McNeil

POLOWANIE NA WIELKIEGO ZWIERZA

 

„Hrabstwo Harrow” to niezła seria – tylko tyle i aż tyle, w zależności od tego, jak na to spojrzeć. Dla mnie, po wszystkich tych pochwałach, które czytałem na jej temat, zachwytach, wzdychaniach i superlatywach, fakt, że nie jest to komiks wybitny, a przynajmniej rewelacyjny ani nawet bardzo dobry, stanowił pewne rozczarowanie. Wciąż jednak mamy tu do czynienia z nienajgorszą opowieścią, która nawet jeśli nie jest przełomowa – tak w swoim gatunku, jak i w medium obrazkowym w ogóle – warta jest poznania, choćby dla przekonania się o co tyle szumu.

 

Zacznijmy jednak od tego o czym właściwie opowiada ta seria. Wydarzenia w niej opisane przenoszą nas do lat 30. XX wieku, kiedy to żyć przyszło osiemnastoletniej Emmie. Jak się domyślacie nie jest to zwykła dziewczyna. Kto zatem? Najnowsze wcielenie zabitej w Harrow przed laty wiedźmy Hester Beck. Nie dość jednak, że mieszkańcy okolicy chcą się jej pozbyć, to jeszcze dzieją się tu najróżniejsze, coraz dziwniejsze rzeczy...

W piątym tomie Emma zaczyna odkrywać coraz więcej faktów ze swojej przeszłości. Staje się to możliwe – i łączy się z odkrywaniem tajemnic Porzuconego, olbrzymiego stwora, który praktycznie nie wychodzi ze swojej leśnej kryjówki w Harrow – właśnie dzięki rozmowom z tą bestią. Rzecz w tym, że pojawiają się kłopoty, kiedy w hrabstwie zjawiają się myśliwi. Nie spodziewają się jednak, co takiego czeka na nich w lasach...

 

Cullen Bunn nie należy do czołówki najwybitniejszych współczesnych scenarzystów komiksowych. To raczej typowy wyrobnik, który miewa dobre pomysły, potrafi je przekuć w udaną pod względem wykonania historię i robi to w sposób rzemieślniczo dość sprawny, niemniej w tym miejscu kończy się jego talent. Może to wina wydawców, którzy najczęściej nie pozwalają autorom rozwinąć skrzydeł, zamykając ich w ramach opowieści, które na pewno się sprzedadzą, ale na rozwój już nie pozwolą, a może Bunn nie potrafi wybić się ponad to – w końcu „Hrabstwo Harrow” wyszło w Stanach nakładem Dark Horse Comics, czyli oficyny mocno niezależnej – ale faktem jest, że twórca ten nie wznosi się ponad innych twórców zajmujących się podobnymi komiksami. Niemniej należy pamiętać, że „Hrabstwo”, nawet jeśli nie jest wybitne, oferuje nieco typowej rozrywki dla miłośników horrorów, posklejanej ze schematów i motywów, które lubią.

 


Fabularnie seria ta jest skupiona bardziej na ludziach, niż niezwykłych wydarzeniach czy grozie, ale i tych elementów tutaj nie brakuje. Akcja nie pędzi jednak na złamanie karku, jest stosunkowo spokojna i stonowana, co należy zaliczyć jej in plus, jednak kiedy trzeba, Bunn potrafi zaatakować nas krwawymi, mocnymi sekwencjami. Problem w tym, że to już było. Wszystko. Gadająca opętana lalka (chyba nie muszę wymieniać w ilu dziełach to było), rodzina istot, które są ludzkie tylko na pierwszy rzut oka (jak w „Sandmanie”, ale bez wyrazu tym razem), coś w lasach zabijające ludzi, sekrety przeszłości, wreszcie bohaterka, która jest wcieleniem czarownicy sprzed lat. Trochę sztampa, acz czyta się szybko i to zaliczam in plus. Największą siłą całości pozostają jednak znakomite ilustracje w wykonaniu Tylera Crooka. Prace Carli Speed McNeil też są niezłe, ale to właśnie Crook, z tym swoim klasycznie kładzionym kolorem, pełnym ciepłych, pastelowych barw, zrobił na mnie największe wrażenie.

 


Warto też docenić samo wydanie. Twarda oprawa, papier kredowy... To już co prawda standard, ale zawsze jakże miły. W tomie nie brakuje także dodatków: szkice z komentarzami, fragment scenariusza jednego z zeszytów, do tego całkiem udany materiał zza kulis, ukazujący postępy pracy nad poszczególnymi elementami komiksu robią wrażenie. Większe, niż całości, ale ogólnie „Hrabstwo Harrow” momentami miewa swój urok, nawet jeśli nie wyszło do końca tak, jak bym tego oczekiwał i kto ma niedosyt horrorów, przeczytać w zasadzie może.

Komentarze