Show (2003)

SHOW MUST GO ON

 

Nie zdobył ten film wielkiego uznania, szczególnie wśród krytyków, których tytuł zresztą do czegoś zobowiązuje. A choć czasem przypominają go takie stacje, jak Kino Polska czy TVP Kobieta, a Stopklatka rzuci niekiedy jakiś seans nocą, kiedy i tak prawie nikt tego nie ogląda, śmiało można powiedzieć, że o produkcji niemal się już zapomniało (na VOD jej chyba nie znajdziecie). A szkoda, bo wbrew pozorom, wbrew narzekaniu krytyków – widzowie byli innego zdania – to jeden z nielicznych polskich filmów rozrywkowych z XXI wieku, który wart jest uwagi. Wiadomo, zestarzał się przez te ponad dwadzieścia lat, jakie upłynęły od jego premiery, wiadomo, pod wieloma względami to dziecko swoich czasów i żeby najlepiej się przy nim bawić, trzeba znać kontekst, a i oparte jest to na schematach z kina i nie tylko, doskonale już znanych, ale… Mało jest w polskim kinie takich filmów. Mało tego typu hybryd, które bezboleśnie łączą różne gatunki i jeszcze znajdują w tym frajdę dla widza. Nie jest to dzieło na miarę Smarzowskiego czy Koterskiego, nie jest to film na poziomie najlepszych dokonań Kolskiego – że ograniczę się do czołówki współczesnych twórców – ale to też i nie takie kino. Chociaż, pod pozorem sensacyjnej akcji i typowej komedii, połączonych z iście amerykańskim thrillerem, stara się przemycić nieco kwestii do zadumy.

 

Głównym bohaterem jest, jakżeby inaczej, Czarek, drobny cwaniaczek, szemrany uzdrowiciel, który naciąga ludzi. I ten Czarek wpada w kłopoty, kiedy zapładnia siostrę lokalnych gangsterów. Chcąc uniknąć ślubu z ciężarną – i tego, co jej bracia szykują dla niego – wykorzystuje okazję w postaci castingu do programu typu reality-show. Bo tak, show ma być kręcony na sztucznej, odciętej od świata wyspie, więc gangsterzy go nie dorwą, tym bardziej, że uczestnicy będą cały czas pod obserwacją kamer. Poza tym sławnego trudniej jest zabić, więc…

Więc Czarek ostatecznie ląduje w domu Wielkiej Siostry, gdzie wraz z uczestnikami ma wieść swój żywot na pokaz. Szybko jednak okazuje się, że coś jest nie tak. Na wyspie zaczynają ginąć kolejni uczestnicy, a ucieczki nie ma. Można by co prawda przerwać program, ale nie dość, że nikt nie jest do tego chętny, bo wielka nagroda kusi, to jeszcze gdy zaczyna się sztorm, uczestnicy zostają uwięzieni razem z mordercą. Kto nim jednak jest? Czarek stara się przetrwać, jednocześnie ratując kobietę, w której się zakochał. Gdy jednak jego przeszłość wychodzi na jaw, sam staje się głównym podejrzanym…

 

Maciej Ślesicki, ten od „13 posterunku” i „Tato”, od „Sary” i „Trzy minuty. 21:37” zbyt wielu filmów nie nakręcił, seriali podobnie, a jednak tym, co zrobił, na stałe zapisał się w historii naszej kinematografii. Czasem kontrowersjami (sceny erotyczne z udziałem szesnastolatki), czasem pójściem w nowe („Posterunek” to w końcu pierwszy polski sitcom), a to, co zrobił przed rokiem dwutysięcznym, zapewniło mu łatkę twórcy w zasadzie kultowego. Ale „Show” już się tak nie przyjęło. Dziennikarze nie przyjęli produkcji ciepło, widzowie podeszli do niej inaczej – do tego stopnia, że po niepochlebnej recenzji „Gazety Wyborczej”, rozpętała się swoista burza, a dziennik wrzucił nawet opinie widzów. Wokół produkcji było sporo szumu, „Super Express” zaserwował odbiorcom możliwość chatu z aktorami. Więc się działo. Zainteresowanie było. Ba, „Show” zgarnął nawet główną nagrodę Nowogardu (Festiwalu Filmu - Malarstwa - Muzyki "Lato z Muzami"). Co poszło nie tak?

 

Cóż, nie ma się co oszukiwać, zarówno aktorstwo, jak i realizacja mogłyby być lepsze. Pazura, który gra typową dla siebie rolę, dobrze wypada, ale do połowy filmu to taki jego standard, który się nam już w zasadzie opatrzył do bólu, choć dramatycznie z łzami i emocjami, im bliżej finału, tym robi coraz lepszą robotę i potrafi urzec. Reszta daje radę, acz znów taki Zelt jest jak to Zelt, a Joanna (wtedy Pierzak, obecnie Orleańska) jakoś tak średnio i sztucznie wypada w swojej roli, która wygląda, jak skrojona pod Olę Woźniak. Stuhr czy Segda albo Dziędziel za to dobrze robią widzom, ale nie na nich najczęściej skupia się kamera. Na ekranie pojawia się też wtedy prawie nieznany Dorociński, którego kariera rozkręciła się wkrótce potem, ale tu na razie nie pokazuje się z najlepszej strony. W kwestii realizacji zaś, choć jest poprawna, niektóre efekty zestarzały się dziś dość mocno – choćby te sceny, wtedy w polskim kinie niespotykane, acz na Zachodzie już doskonale znane, jak kamera wnikająca do środka jadące samochodu, jakby przenikała przez szybę. O dziwo jednak w większości film daje radę, bo ma klimat, ma swojskość, ale i sporo rzeczy podpatrzonych w kinie amerykańskim (o tym jeszcze będzie potem). Niestety też sporo podpatruje reżyser u… samego siebie, stosując te same patenty, które już zagrały w „13 posterunku” (jak ciężarna siostra gangstera i cały wątek z nią – nawet aktorka, Dąbrowska, jest ta sama), tych pamiętających wcześniejsze dzieła reżysera, mogą razić wtórnością. Humor też bywa czasem niewyszukany, ale…

 


No właśnie, film i tak wypada bardzo dobrze. To, co zaczyna się jak komedia kryminalna, powoli przeradza się najpierw w parodię reality show, a potem w swojską, podlaną humorem reinterpretację „I nie było już nikogo”, połączoną choćby z „Krzykiem”, choć do slasherów odniesień jest tu sporo. Wszystko to łączy się z satyrą na telewizję, na upadek intelektualny społeczeństwa i wszelkie te mody. Ma też pewien kontekst meta, w postaci timera pojawiającego się w ostatniej scenie. Stara się przy okazji zawrzeć jakieś przesłanie, jakąś prawdę, ukazać manipulacje mediów i jak ludzie, niczym te lemingi, lecą za tym, co modne, popularne (a my dzięki temu zaglądamy do żyć widzów przyklejonych do telewizorów). Intelektualista nie ma racji bytu, „Człowiek z marmuru” przegrywa z oglądaniem skoków Małysza, a ludzie chcący zagrać w filmie nie wiedzą nic o „Życiu jako chorobie przenoszonej drogą płciową”, bo nie mieli takiej choroby (film zaczyna się fragmentami prawdziwego castingu do niego, pełnego takich właśnie smaczków). Wszystko to splecione zostaje z akcją rodem z amerykańskich thrillerów, gdzie dzieje się dużo, szybko, ze zwrotami akcji, krwawo ginącymi uczestnikami, tajemniczym gościem, który dokonuje zbrodni i masą dramatyzmu. Ba, jest nawet nieco epickich momentów, choć budżet rzędu trzch milionów złotych na wiele nie wystarczył. Patetyczne też to jest, nie ma co ukrywać, ale są w filmie wolty, które potrafią zaskoczyć – i nie są naciągane, bo tropy do nich wiodące mieliśmy już na ekranie od dawna – a i twórcy udało się znaleźć całkiem niezły patent na to, by pokazać porcję nieuzasadnionej golizny, jednocześnie nie tylko ją uzasadniając, ale i obśmiewając takie zagrywki w kinie i telewizji. Łatwo w tym wszystkim zapomnieć o drugiej warstwie produkcji, o tym przesłani i satyrycznym aspekcie, ale Ślesiński przypomina nam o nim, czasem łopatologicznie, acz i tak doceniam sam zamysł. Dziś, po latach, najłatwiej jednak jest zapomnieć o mniej oczywistym i nie tak eksponowanym aspekcie produkcji: czyli odniesieniach do sytuacji politycznej, medialnej, konkretnych osób, zjawisk i wydarzeń, choć w niczym to nie przeszkadza. Po prostu niektóre smaczki przepadają widzowi, a szkoda.

 


No ale co nie wypaliło? Czemu ten film gdzieś tam w zasadzie przepadał? Wiadomo, to nie jest żadne cudo, ale jest o niebo lepszy od tych wszystkich hitów, o których się pamięta, które wciąż są przypominane, a co gorsza rozwijane o kolejne sequele (sami wiecie, o jakie produkcje chodzi). Może przepadał, bo to dziecko swoich czasów, które jednak przyszło na świat za późno? Bo zobaczcie, kiedy film wchodził do kin, był już rok 2003, „Big Brother” się skończył, podobne show nie miały już tej popularności, temat zanikał, a teraz ta formuła już nikogo za bardzo nie obchodzi. Poza tym rok i dwa lata wcześniej mieliśmy już filmy inspirowane „BB” – niesławne, zaludnione uczestnikami show kinowe produkcje „Gulczas, a jak myślisz…” i „Yyyreek!!! Kosmiczna nominacja”, które uważane są za najgorsze w dziejach polskiej kinematografii, a przecież możemy pochwalić się całą masą gniotów, jakich mało – które może nie opierały się na historii o programach, ale jednak do nich nawiązywały. A może po prostu tak wyszło. Jednym się spodobał, innym nie, jednych kupił, innych odrzucił. Ja lubię, choć nie trawię reality show. Lubię coraz wrócić do niego, przekonać się, że Polacy też potrafią, jak na Zachodzie, ale jednocześnie po swojemu. Że mieliśmy postmodernistyczne slashery jeszcze zanim ktokolwiek próbował robić rzeczy pokroju „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. I uważam, że warto przypomnieć sobie, że ten film był, odświeżyć go, a przy okazji może i posłuchać co ma do opowiedzenia o kulisach sam Pazura, który na swoim kanale YT zrobił dwa świetne filmiki w temacie. Warto. A że to film nie na te czasy? Że dostoswany do konkretnej mody, która już przeminęła? Konkretnych realiów? Co z tego, od dekad bawimy się oglądając trylogię Chęcińskiego o Kargulach i Pawlakach i jakoś widzom w dobrej zabawie nie przeszkadza to, że mało kto zna wszystkie niuanse tamtych czasów, jak choćby o co chodziło z malowaniem „3 x Tak” na ścianie. „Show” to nie poziom „Samych swoich”, wiadomo, ale też potrafi dać nam trochę rozrywki. I to wcale niegłupiej, choć momentami głupkowatej. Ot taki jego urok – i urok dzieł Ślesickiego. A i warto pamiętać, że muzykę do filmu robiła prawdziwa legenda, bo sam Przemysław Gintrowski, który ze Ślesickim współpracował wcześniej nie raz i ta muza też fajnie tu gra.

Komentarze