SHOW
MUST GO ON
Nie zdobył ten film wielkiego uznania, szczególnie
wśród krytyków, których tytuł zresztą do czegoś zobowiązuje. A choć czasem
przypominają go takie stacje, jak Kino Polska czy TVP Kobieta, a Stopklatka rzuci
niekiedy jakiś seans nocą, kiedy i tak prawie nikt tego nie ogląda, śmiało
można powiedzieć, że o produkcji niemal się już zapomniało (na VOD jej chyba
nie znajdziecie). A szkoda, bo wbrew pozorom, wbrew narzekaniu krytyków –
widzowie byli innego zdania – to jeden z nielicznych polskich filmów
rozrywkowych z XXI wieku, który wart jest uwagi. Wiadomo, zestarzał się przez
te ponad dwadzieścia lat, jakie upłynęły od jego premiery, wiadomo, pod wieloma
względami to dziecko swoich czasów i żeby najlepiej się przy nim bawić, trzeba
znać kontekst, a i oparte jest to na schematach z kina i nie tylko, doskonale
już znanych, ale… Mało jest w polskim kinie takich filmów. Mało tego typu
hybryd, które bezboleśnie łączą różne gatunki i jeszcze znajdują w tym frajdę dla
widza. Nie jest to dzieło na miarę Smarzowskiego czy Koterskiego, nie jest to
film na poziomie najlepszych dokonań Kolskiego – że ograniczę się do czołówki
współczesnych twórców – ale to też i nie takie kino. Chociaż, pod pozorem
sensacyjnej akcji i typowej komedii, połączonych z iście amerykańskim
thrillerem, stara się przemycić nieco kwestii do zadumy.
Głównym bohaterem jest, jakżeby inaczej, Czarek,
drobny cwaniaczek, szemrany uzdrowiciel, który naciąga ludzi. I ten Czarek
wpada w kłopoty, kiedy zapładnia siostrę lokalnych gangsterów. Chcąc uniknąć
ślubu z ciężarną – i tego, co jej bracia szykują dla niego – wykorzystuje
okazję w postaci castingu do programu typu reality-show. Bo tak, show ma być
kręcony na sztucznej, odciętej od świata wyspie, więc gangsterzy go nie dorwą,
tym bardziej, że uczestnicy będą cały czas pod obserwacją kamer. Poza tym
sławnego trudniej jest zabić, więc…
Więc Czarek ostatecznie ląduje w domu Wielkiej
Siostry, gdzie wraz z uczestnikami ma wieść swój żywot na pokaz. Szybko jednak
okazuje się, że coś jest nie tak. Na wyspie zaczynają ginąć kolejni uczestnicy,
a ucieczki nie ma. Można by co prawda przerwać program, ale nie dość, że nikt
nie jest do tego chętny, bo wielka nagroda kusi, to jeszcze gdy zaczyna się
sztorm, uczestnicy zostają uwięzieni razem z mordercą. Kto nim jednak jest?
Czarek stara się przetrwać, jednocześnie ratując kobietę, w której się
zakochał. Gdy jednak jego przeszłość wychodzi na jaw, sam staje się głównym
podejrzanym…
Maciej Ślesicki, ten od „13 posterunku” i „Tato”,
od „Sary” i „Trzy minuty. 21:37” zbyt wielu filmów nie nakręcił, seriali
podobnie, a jednak tym, co zrobił, na stałe zapisał się w historii naszej
kinematografii. Czasem kontrowersjami (sceny erotyczne z udziałem
szesnastolatki), czasem pójściem w nowe („Posterunek” to w końcu pierwszy
polski sitcom), a to, co zrobił przed rokiem dwutysięcznym, zapewniło mu łatkę
twórcy w zasadzie kultowego. Ale „Show” już się tak nie przyjęło. Dziennikarze
nie przyjęli produkcji ciepło, widzowie podeszli do niej inaczej – do tego
stopnia, że po niepochlebnej recenzji „Gazety Wyborczej”, rozpętała się swoista
burza, a dziennik wrzucił nawet opinie widzów. Wokół produkcji było sporo
szumu, „Super Express” zaserwował odbiorcom możliwość chatu z aktorami. Więc się
działo. Zainteresowanie było. Ba, „Show” zgarnął nawet główną nagrodę Nowogardu
(Festiwalu Filmu - Malarstwa - Muzyki "Lato z Muzami"). Co poszło nie
tak?
Cóż, nie ma się co oszukiwać, zarówno aktorstwo,
jak i realizacja mogłyby być lepsze. Pazura, który gra typową dla siebie rolę,
dobrze wypada, ale do połowy filmu to taki jego standard, który się nam już w zasadzie
opatrzył do bólu, choć dramatycznie z łzami i emocjami, im bliżej finału, tym
robi coraz lepszą robotę i potrafi urzec. Reszta daje radę, acz znów taki Zelt
jest jak to Zelt, a Joanna (wtedy Pierzak, obecnie Orleańska) jakoś tak średnio
i sztucznie wypada w swojej roli, która wygląda, jak skrojona pod Olę Woźniak. Stuhr
czy Segda albo Dziędziel za to dobrze robią widzom, ale nie na nich najczęściej
skupia się kamera. Na ekranie pojawia się też wtedy prawie nieznany Dorociński,
którego kariera rozkręciła się wkrótce potem, ale tu na razie nie pokazuje się
z najlepszej strony. W kwestii realizacji zaś, choć jest poprawna, niektóre efekty
zestarzały się dziś dość mocno – choćby te sceny, wtedy w polskim kinie niespotykane,
acz na Zachodzie już doskonale znane, jak kamera wnikająca do środka jadące
samochodu, jakby przenikała przez szybę. O dziwo jednak w większości film daje
radę, bo ma klimat, ma swojskość, ale i sporo rzeczy podpatrzonych w kinie
amerykańskim (o tym jeszcze będzie potem). Niestety też sporo podpatruje
reżyser u… samego siebie, stosując te same patenty, które już zagrały w „13
posterunku” (jak ciężarna siostra gangstera i cały wątek z nią – nawet aktorka,
Dąbrowska, jest ta sama), tych pamiętających wcześniejsze dzieła reżysera, mogą
razić wtórnością. Humor też bywa czasem niewyszukany, ale…
No właśnie, film i tak wypada bardzo dobrze. To, co
zaczyna się jak komedia kryminalna, powoli przeradza się najpierw w parodię
reality show, a potem w swojską, podlaną humorem reinterpretację „I nie było
już nikogo”, połączoną choćby z „Krzykiem”, choć do slasherów odniesień jest tu
sporo. Wszystko to łączy się z satyrą na telewizję, na upadek intelektualny
społeczeństwa i wszelkie te mody. Ma też pewien kontekst meta, w postaci timera
pojawiającego się w ostatniej scenie. Stara się przy okazji zawrzeć jakieś
przesłanie, jakąś prawdę, ukazać manipulacje mediów i jak ludzie, niczym te
lemingi, lecą za tym, co modne, popularne (a my dzięki temu zaglądamy do żyć
widzów przyklejonych do telewizorów). Intelektualista nie ma racji bytu,
„Człowiek z marmuru” przegrywa z oglądaniem skoków Małysza, a ludzie chcący
zagrać w filmie nie wiedzą nic o „Życiu jako chorobie przenoszonej drogą
płciową”, bo nie mieli takiej choroby (film zaczyna się fragmentami prawdziwego
castingu do niego, pełnego takich właśnie smaczków). Wszystko to splecione
zostaje z akcją rodem z amerykańskich thrillerów, gdzie dzieje się dużo,
szybko, ze zwrotami akcji, krwawo ginącymi uczestnikami, tajemniczym gościem,
który dokonuje zbrodni i masą dramatyzmu. Ba, jest nawet nieco epickich
momentów, choć budżet rzędu trzch milionów złotych na wiele nie wystarczył. Patetyczne
też to jest, nie ma co ukrywać, ale są w filmie wolty, które potrafią zaskoczyć
– i nie są naciągane, bo tropy do nich wiodące mieliśmy już na ekranie od dawna
– a i twórcy udało się znaleźć całkiem niezły patent na to, by pokazać porcję
nieuzasadnionej golizny, jednocześnie nie tylko ją uzasadniając, ale i
obśmiewając takie zagrywki w kinie i telewizji. Łatwo w tym wszystkim zapomnieć
o drugiej warstwie produkcji, o tym przesłani i satyrycznym aspekcie, ale
Ślesiński przypomina nam o nim, czasem łopatologicznie, acz i tak doceniam sam
zamysł. Dziś, po latach, najłatwiej jednak jest zapomnieć o mniej oczywistym i
nie tak eksponowanym aspekcie produkcji: czyli odniesieniach do sytuacji
politycznej, medialnej, konkretnych osób, zjawisk i wydarzeń, choć w niczym to
nie przeszkadza. Po prostu niektóre smaczki przepadają widzowi, a szkoda.
No ale co nie wypaliło? Czemu ten film gdzieś tam w
zasadzie przepadał? Wiadomo, to nie jest żadne cudo, ale jest o niebo lepszy od
tych wszystkich hitów, o których się pamięta, które wciąż są przypominane, a co
gorsza rozwijane o kolejne sequele (sami wiecie, o jakie produkcje chodzi).
Może przepadał, bo to dziecko swoich czasów, które jednak przyszło na świat za
późno? Bo zobaczcie, kiedy film wchodził do kin, był już rok 2003, „Big
Brother” się skończył, podobne show nie miały już tej popularności, temat
zanikał, a teraz ta formuła już nikogo za bardzo nie obchodzi. Poza tym rok i
dwa lata wcześniej mieliśmy już filmy inspirowane „BB” – niesławne, zaludnione
uczestnikami show kinowe produkcje „Gulczas, a jak myślisz…” i „Yyyreek!!!
Kosmiczna nominacja”, które uważane są za najgorsze w dziejach polskiej
kinematografii, a przecież możemy pochwalić się całą masą gniotów, jakich mało –
które może nie opierały się na historii o programach, ale jednak do nich
nawiązywały. A może po prostu tak wyszło. Jednym się spodobał, innym nie,
jednych kupił, innych odrzucił. Ja lubię, choć nie trawię reality show. Lubię
coraz wrócić do niego, przekonać się, że Polacy też potrafią, jak na Zachodzie,
ale jednocześnie po swojemu. Że mieliśmy postmodernistyczne slashery jeszcze
zanim ktokolwiek próbował robić rzeczy pokroju „W lesie dziś nie zaśnie nikt”.
I uważam, że warto przypomnieć sobie, że ten film był, odświeżyć go, a przy
okazji może i posłuchać co ma do opowiedzenia o kulisach sam Pazura, który na
swoim kanale YT zrobił dwa świetne filmiki w temacie. Warto. A że to film nie
na te czasy? Że dostoswany do konkretnej mody, która już przeminęła?
Konkretnych realiów? Co z tego, od dekad bawimy się oglądając trylogię Chęcińskiego
o Kargulach i Pawlakach i jakoś widzom w dobrej zabawie nie przeszkadza to, że
mało kto zna wszystkie niuanse tamtych czasów, jak choćby o co chodziło z malowaniem
„3 x Tak” na ścianie. „Show” to nie poziom „Samych swoich”, wiadomo, ale też
potrafi dać nam trochę rozrywki. I to wcale niegłupiej, choć momentami
głupkowatej. Ot taki jego urok – i urok dzieł Ślesickiego. A i warto pamiętać,
że muzykę do filmu robiła prawdziwa legenda, bo sam Przemysław Gintrowski,
który ze Ślesickim współpracował wcześniej nie raz i ta muza też fajnie tu gra.





Komentarze
Prześlij komentarz