PO CO?
DAREMNO
W końcu postanowiłem sięgnąć do komiksowej kupki
wstydu. Wiadomo, doba ma 24 godziny, nie na wszystko starcza czasu, więc takie
rzeczy, jak „Star Wars Komiks” wylądowały gdzieś tam i czekały na swoją kolej.
Bo ja o tej marce za dobrego zdania nie mam, wiadomo, czasem filmy obejrzę, bo
nie są złe, czasem zagram w jakąś gierkę, bo potrafią być lepsze, niż filmy, a
z komiksami rzadko bywa naprawdę dobrze, więc… No i „Poe Dameron” jest takim
właśnie komiksem. Nijakim. Przeczytałem, zapomniałem. Tyle.
Fabuła kręci się wokół poszukiwań Lora Sana Teki,
który może być pomocny ruchowi oporu odnalezieniu Luke’a Skywalkera i walce z Nowym
Porządkiem. Trop wiedzie na pewną planetę, gdzie żyje rasa, która pilnuje
gigantycznego jaja, mającego narodzić ich zbawcę. Oczywiście misja, która z
pozoru ma być prosta, komplikuje się, bo miejscowi nie są chętni udzielać
informacji. Do tego pojawiają się wrogowie pod dowództwem utalentowanego i
bezwzględnego Terexa, a na dodatek wydaje się, że w ekipie Damerona jest
zdrajca. Zaczyna się walka – z czasem, z przeciwnikami i z tym, co jeszcze
nieznane.
W tym albumie mamy dwie trzyzeszytowe historie. I
każda jest skrojona według identycznego, oczywistego i przewidywalnego do bólu
schematu. Poe i jego ekipa w obu szukają Lora Sana Teki – wiemy, że znajdą go
dopiero w filmie, więc wiadomo, że z tych poszukiwań póki co nic nie wyniknie –
trafiają do miejsca, gdzie wszystko ma być dobrze, ale oczywiście ci źli – z
Terexem na czele – znów im przeszkadzają, więc eskadra musi coś wykombinować i
odlecieć, zostawiając wroga by znów knuł. Ziew. Serio. Nudzi ten komiks i to
bardzo, ma fajne rysunki, ale fabularnie to sztampa, kopia z kopii kopii (no
Soule pisze, czego się spodziewać) i brak wyczucia.
Z jednej strony Soule te swoje wypociny serwuje w
oparciu o akcję. I byłoby spoko – jak np. w serii „Vader” – gdyby właśnie na
tym się skupić. Gdyby to leciało przed siebie, pędziło na złamanie karku i
robiło to widowiskowo. Bo wiadomo, że i tak dobrej treści w „Star Warsach” nie
będzie, więc chociaż można zaoferować akcję. Ale scenarzysta musi oczywiście
wszystko to podlać dużą ilością gadki. Efekt? Sporo tu czytania, ale takiego, z
którego nic nie wynika. powtarzalna treść, pretekstowa, z płytko nakreślonymi
bohaterami, wśród których wyróżnia się tylko ten zły, ale gdzie mu tam do
naprawdę ciekawej postaci.
Ot komiks dla fanów. Fanatyków właściwie. Ważny, bo
pierwszy z prawdziwego zdarzenia osadzony w nowej trylogii, ale nie wart
poznania. Sztampa, wtórność, kicz, pretekstowość. Płytka robota bez grama ambicji.
No i jako rozrywkowa historia też nieoferująca zbyt wiele.




Komentarze
Prześlij komentarz