Star Wars Komiks #1/2017: Poe Dameron. Eskadra Czarnych – Charles Soule, Phil Noto

PO CO? DAREMNO

 

W końcu postanowiłem sięgnąć do komiksowej kupki wstydu. Wiadomo, doba ma 24 godziny, nie na wszystko starcza czasu, więc takie rzeczy, jak „Star Wars Komiks” wylądowały gdzieś tam i czekały na swoją kolej. Bo ja o tej marce za dobrego zdania nie mam, wiadomo, czasem filmy obejrzę, bo nie są złe, czasem zagram w jakąś gierkę, bo potrafią być lepsze, niż filmy, a z komiksami rzadko bywa naprawdę dobrze, więc… No i „Poe Dameron” jest takim właśnie komiksem. Nijakim. Przeczytałem, zapomniałem. Tyle.

 

Fabuła kręci się wokół poszukiwań Lora Sana Teki, który może być pomocny ruchowi oporu odnalezieniu Luke’a Skywalkera i walce z Nowym Porządkiem. Trop wiedzie na pewną planetę, gdzie żyje rasa, która pilnuje gigantycznego jaja, mającego narodzić ich zbawcę. Oczywiście misja, która z pozoru ma być prosta, komplikuje się, bo miejscowi nie są chętni udzielać informacji. Do tego pojawiają się wrogowie pod dowództwem utalentowanego i bezwzględnego Terexa, a na dodatek wydaje się, że w ekipie Damerona jest zdrajca. Zaczyna się walka – z czasem, z przeciwnikami i z tym, co jeszcze nieznane.

 

W tym albumie mamy dwie trzyzeszytowe historie. I każda jest skrojona według identycznego, oczywistego i przewidywalnego do bólu schematu. Poe i jego ekipa w obu szukają Lora Sana Teki – wiemy, że znajdą go dopiero w filmie, więc wiadomo, że z tych poszukiwań póki co nic nie wyniknie – trafiają do miejsca, gdzie wszystko ma być dobrze, ale oczywiście ci źli – z Terexem na czele – znów im przeszkadzają, więc eskadra musi coś wykombinować i odlecieć, zostawiając wroga by znów knuł. Ziew. Serio. Nudzi ten komiks i to bardzo, ma fajne rysunki, ale fabularnie to sztampa, kopia z kopii kopii (no Soule pisze, czego się spodziewać) i brak wyczucia.

 


Z jednej strony Soule te swoje wypociny serwuje w oparciu o akcję. I byłoby spoko – jak np. w serii „Vader” – gdyby właśnie na tym się skupić. Gdyby to leciało przed siebie, pędziło na złamanie karku i robiło to widowiskowo. Bo wiadomo, że i tak dobrej treści w „Star Warsach” nie będzie, więc chociaż można zaoferować akcję. Ale scenarzysta musi oczywiście wszystko to podlać dużą ilością gadki. Efekt? Sporo tu czytania, ale takiego, z którego nic nie wynika. powtarzalna treść, pretekstowa, z płytko nakreślonymi bohaterami, wśród których wyróżnia się tylko ten zły, ale gdzie mu tam do naprawdę ciekawej postaci.

 


Ot komiks dla fanów. Fanatyków właściwie. Ważny, bo pierwszy z prawdziwego zdarzenia osadzony w nowej trylogii, ale nie wart poznania. Sztampa, wtórność, kicz, pretekstowość. Płytka robota bez grama ambicji. No i jako rozrywkowa historia też nieoferująca zbyt wiele.


Komentarze