Parę lat temu wydawnictwo Insignis wypuściło „Wojnę domową”, pierwszą na polskim rynku powieściową adaptację marvelowskiego komiksu z prawdziwego zdarzenia. Potem, idąc za ciosem, zaserwowało nam drugą tego typu książkę, tym razem absolutną nowość także w USA – opublikowaną ze względu na premierę najnowszego wtedy filmu o X-Menach „Sagę Mrocznej Phoenix”. Zanosiło się wtedy, że taka inicjatywa zagości na dłużej, jednak po paru książkach wszystko się skończyło. Ale ja teraz, po latach, z okazji czterdziestopięciolecia „Sagi” (debiutowała w styczniu 1980 roku), wracam i... No i trzeba przyznać, że to całkiem sprawnie przedstawiona historia, którą poznać można. Nie wybitna, niedorównująca legendarnemu komiksowemu pierwowzorowi, ale mająca świetne momenty i nieźle uzupełniająca całość.
Chyba nie ma miłośnika komiksów,
który nie znałby historii Mrocznej Phoenix. Od kiedy ta pojawiła się po raz
pierwszy na łamach serii „Uncanny X-Men” w 1980 roku, była niezliczoną ilość
razy odtwarzana, przypominana, kopiowana i powielana. Bo główna bohaterka,
która dzięki tej fabule stała się jedną z najbardziej lubianych heroin
wydawnictwa, nie raz powracała zza grobu (niedawno w Stanach znów do tego
doszło), moc Phoenixa raz za razem nawiedzała uniwersum Marvela, a całość
zaadaptowano nie tylko w formie najnowszego filmu, ale też i do fabuły kinowego
hitu „X-Men: Ostatni Bastion” oraz, wielokrotnie, na potrzeby seriali
animowanych. Dla formalności przypomnę jednak, o co chodzi.
A zatem w trakcie powrotu X-Menów z
kosmosu dochodzi do największego rozbłysku słonecznego od ponad wieku. By
ocalić towarzyszy, jedna z mutantek Jean Grey, poświęca własne życie. Wkrótce
jednak powraca zza grobu, a wszystko dzięki kosmicznej mocy Phoenix, która daje
jej niezwykłe zdolności. Niestety, kiedy w trakcie kolejnych przygód X-Meni
stają do walki z organizacją Hellfire Club, Jean zostaje zmanipulowana i staje
się jej Czarną Królową. Problem w tym, że w wyniku grzebania w jej mózgu, daje
o sobie znać moc Phoenix, która wkrótce wymyka się spod kontroli. Nikt jednak
nie ma jeszcze najmniejszego pojęcia, do jakiej tragedii doprowadzi to
wydarzenie. Po tym, co nadciąga, mutanci nigdy już nie będą tacy sami!
Komiksowy pierwowzór powyższej
opowieści po dziś dzień jest uznawany za ten jeden jedyny, najlepszy komiks o
X-Menach w dziejach. Prawdziwy wyznacznik ich jakości i wzorów, według którego
nadal tworzy się historie o mutantach. Tradycją jest również to, że wszyscy
twórcy zajmujący się serią prędzej czy później muszą się zmierzyć z tym tematem
– tak samo, jak z podróżami w czasie, kolejnym flagowym elementem cyklu, który
swoją drogą powstał w kontynuującej „Sagę Mrocznej Phoenix” fabule „Czasy
minionej przyszłości”. Teraz zmierzył się z nią Stuart Moore, scenarzysta
komiksowy i autor powieści. Jak mu wyszło?
Całkiem nieźle. Pierwowzór to kawał
świetnej opowieści o poświęceniu, wewnętrznych demonach i zadośćuczynieniu za
własne grzechy. Rzecz, która wciąż porusza, mimo pewnych naciąganych wątków i
naiwności. Trudno było go zepsuć i Moore tego nie zrobił. Nie wykorzystał też
do końca potencjału, jaki oferowała całość. Rzecz w tym, że adaptacja
przeznaczona jest raczej dla młodzieży, więc zbytnio pogłębionej psychologii
tutaj nie ma. Mogła być, mogło być rewelacyjnie, jest za to dobrze – i można
się z tego cieszyć. Komiks pod względem kreacji bohaterów i ich dylematów
wypadał lepiej, bo czytelnik sam musiał wiele sobie dopowiedzieć. Tu na
niedomówienia nie ma miejsca, ale jednocześnie autor stara się rozwinąć temat –
i to z niezłym skutkiem. Co ważniejsze, rozwija także samą opowieść. Biegnie
ona tymi samymi ścieżkami, co oryginał, niemniej mamy tu nowe wątki (choćby z
Kitty Pride, która ma większą rolę do odegrania, niż w komiksie), a całość
zyskuje większy kontekst, bo otrzymujemy wydarzenia rozgrywające się w trakcie
tzw. "Phoenix Sagi” (w serii komiksowej wydanej w latach 1976-1977), co
pozwala czytelnikom poznać nieco więcej szczegółów.
Poza tym warto też wspomnieć, że całość została uwspółcześniona. To już nie lata 80., a XXI wiek, choć momentami całość jest przyjemnie staroświecka. Jeśli zaś chodzi o styl, Moore stworzył lekką, łatwo przyswajalną opowieść, którą czyta się szybko i całkiem przyjemnie. Autor mógł, co prawda zignorować wątek Hellfire (ważny, ale dla mnie od zawsze nieszczególnie intrygujący), mógłby też spisać całość w lepszym stylu, ale i tak jestem zadowolony z tego, co ostatecznie dostałem. Miłośnicy X-Menów powinni całość poznać, bo to po prostu jeszcze jedna wariacja w ich ulubionym temacie. Komiks na pewno już znają, więc mogą go dopełnić, jeśli jakimś cudem jeszcze tego nie zrobili. A reszta? Cóż, niedzieli fani mutantów też znajdą tu coś dla siebie, jeśli mają ochotę. Choć trzeba pamiętać, że prosta i niewymagająca to lektura. Jak wszystkie tego typu.

Komentarze
Prześlij komentarz