Czarodzicielstwo – Terry Pratchett

APOKRALIPSA

 

Piąty tom „Świta Dysku”. No nie sądziłem, że na tak wczesnym etapie Pratchett zrobi książkę wtórną względem tego, co już nam pokazał, a jednak. Jednocześnie to najsłabszy obok „Koloru magii” z dotychczasowych tomów serii. Co nie zmienia faktu, że nadal dobrze się go czyta, ma parę błyskotliwych momentów (choćby ze złodziejem) i skrzy się humorem. Ma też akcję, ma klimat, po prostu pod wieloma względami przypomina „Równoumagicznienie”, a pod wieloma innymi widać, że rzecz autorowi zabrakło pomysłu. Ale ten brak pomysłu udało mu się rozpisać na ponad trzysta stron, które czyta się szybko, lekko i przyjemnie, więc…

 

Wszystko zaczyna się od narodzin syna Ipslore’a Rudego. Oczywiście ósmego syna. Niby standard, wiadomo, że taki potomek będzie magiem, ale sytuacja w tym wypadku jest skrajnie różna. Ipslore jest magiem, po prostu kiedyś wypadł z zawodu, znalazł sobie kobietę, spłodził z nią dzieci, a ósmy syn maga to już nie mag – to czarodziciel, ktoś niemal różny bogom i powód, dla którego magowie muszą żyć w celibacie. Ipslore jednak nie dość, że sprowadza go na świat, to jeszcze jest w stanie oszukać śmierć, by poprowadzić swojego potomka do wielkości. I do zemsty za niego.

Akcja przeskakuje o jakieś dziesięć lat w przód, kiedy Rincewind zauważa, że coś jest nie tak. Jego zdaniem Niewidoczny Uniwersytet najwyraźniej tonie, bowiem szczury z niego uciekają. Ale jak może tonąć coś na suchym lądzie? To oczywiście zwiastun czegoś większego, zjawia się bowiem czarodziciel, który przejmuje władzę w szkole. Magowie chcą wykorzystać go do własnych celów, ale czy będą mieli szansę? Tymczasem Rincewind, który akurat poszedł pić i nie wie, co w zasadzie dzieje się w uczelni, zostaje odnaleziony przez kapelusz i będzie musiał wziąć udział w misji, która nie może się skończyć dobrze. Przynajmniej dla niego. Czy ktoś taki, jak on, mag, którego magia jest wręcz ujemna i jego pokręcona ferajna, jaka się zbiera, może ocalić świat, którego istnienie znów zbliża się do końca? I czym będzie ta zapowiadana Apokralipsa?

 

Ten tom to, w odróżnieniu od tego, co dotąd było jedynie puszczaniem oka, teraz stało się dość wyraźną parodią prozy Orsona Scotta Carda. Zresztą z różnych rzeczy ten tom sobie dworuje, a i to momentami bardzo zacnie. Postać Coneny (czy, jak chce tego oryginał, Coniny) czy Nijela wyszły mu świetnie. Szkoda więc, że książka nie jest bardziej odkrywcza. Pomijając już to, co parodiuje, je treść pod wieloma względami przypomina to, co już było w pierwszych tomach. Z „Blasku fantastycznego” bierze koniec świata, któremu ma zaradzić Rincewind, zaś z „Równoumagicznienia” wątek czarodzieja, który się rodzi, a który nie jest tym, kim być powinien i ma odmienić w ten czy inny sposób świat (tam było to dopuszczenie płci pięknej do magii, tu zniszczenie świata).

 

Nadal jednak to wszystko nie zawodzi. Czasem Pratchett przedobrza, jak z nadmiarem porównań w niektórych momentach, czasem zaś brakuje tu konsekwencji. Co nie zmienia faktu, że nadal dobrze się bawiłem – trudno nie, skoro znów jest bardziej komediowo, choć wcale nie głupio, a na dodatek z odkrywaniem przed nami kolejnych miejsc Świata Dysku, a także jego tajemnic – i chcę więcej. 

Komentarze