Dragon Ball Super #104: Birth of Saiyaman X – Akira Toriyama, Toyotarou

NARODZINY SAIYAMANA X

 

Jest długo wyczekiwany 104 rozdział „Dragon Balla Super”. W zasadzie należałoby rzec, że to taki one-shot, a nie ciąg dalszy, bo zabiera nas nieco w przeszłość, zamiast pociągnąć rozgrzebane wątki. Ale to, co serwuje, jest całkiem niezłe samo w sobie, szybkie w odbiorze i dynamiczne, chociaż na pewno nie jest tym, na co fani czekali od niemal roku. I przy okazji jest także rozdziałem w zasadzie zbędnym, mającym jedynie jakoś domknąć materiał do kolejnego, planowanego na kwiecień tomiku.

 

Zastanawialiście się, jak Goten i Trunks zostali Saiyamanami X? Ta historia na to odpowiada.

Więc tak, pewnego dnia w okolicy kręcono film z Cleangodem. Oczywiście Trunks wybiera się na plan, a tom, oczywiście, pojawiają się badyci. Wtedy też Trunks przekonuje się, że Cleangod całkiem dobrze może sobie radzić i zaczyna kwitnąć w nim chęć do superbohaterstwa i…

I wiadomo, jak się to skończyło. Ale kim właściwie jest Cleangod? I czemu wydaje się wiedzieć aż za wiele o Trunksie? 

 

No pretekstowa to fabuła. Nie wiem, jakie są faktyczne związki Toriyamy z treścią, bo choć wymieniony jest jako scenarzysta, już przy okazji jego śmierci mówiło się, że zrobił jedynie 103 rozdziały i resztę pociągnie Toyo, który i tak zresztą w zasadzie robił niemal wszystko, podczas gdy Tori był bardziej konsultantem niż autorem, ale… No nie jest to super fabuła, nie jest też zła, jest na poziomie poprzednich, choć przy okazji w tle mamy parę smaczków dla zagorzałych miłośników serii, którzy je wyłapią. Ale ogólnie fabuły prawie tu nie ma, pięćdziesiąt stron łyka się w parę minut i ogólnie niewiele z tego wynika. Rzecz zapełnia dziurę, która zapełnienia nie wymagała, bo to tak, jakby nagle próbować umotywować czemu Gohan kiedyś wkładał trykot i walczył – wynika to z samego charakteru postaci i opowieści.

 


Ale fajne są rysunki. Wolę Toriego, ale Toyo dodaje to, czego o niego nie było – inna perspektywy, detale w tle, rastry czy taka współczesna widowiskowość idąca nawet w pewną dozę realizmu. Trochę to bez serca, bez ducha, takie sterylne i wspomagane, ale jednak wygląda przyjemnie i wpada w oko. A no i przy okazji mamy nawet kolorową stronkę na deser, wyjątkowo na koniec, a nie początek rozdziału. I jeszcze coś, padają tu znamienne słowa „Ciąg dalszy nastąpi”. Kiedy? Kto to wie, ale będzie. I mam nadzieję, że pojawi się szybko, szybko zakończy zostawione wątki i pozwoli serii spocząć w pokoju, bo tam jest jej miejsce. Co pokazuje zresztą kiepska „Daima”, grzebiąca coraz mocniej legendę „Smoczych kul”.

Komentarze