Lata temu na polskim rynku pojawiło się coś, co
nosiło tytuł „Notes Wędrowycza”. Eksponowano go na witrynach księgarń, jakby
był nie wiadomo jakim bestsellerem, a potem można go było dorwać za grosze na
wyprzedażach w supermarkecie, jak zrobiłem to ja. I chociaż nie jest to lektura
mogąca usatysfakcjonować nawet fanów, warto się na chwilę pochylić nad nią i
przypomnieć, że coś takiego istniało.
„Notes Wędrowycza" to nie, jak swego czasu
sądzili niektórzy, siódmy tom przygód egzorcysty amatora (bo prawdziwego
siódmego tomu wtedy jeszcze nie było), ani też, jak sądzą inni, tylko i
wyłącznie notes. To raczej ciekawy przykład gadżetu będącego połączeniem
kolorowego notesu pełnego zacieków i bazgrołów z tekstami Pilipiuka i
ilustracjami Andrzeja Łaski. Mamy tu znane z książek „Protokół
zatrzymania" (z „Kronik Jakuba Wędrowycza") i „Tajemnicę skwaśniałego
samogonu" (z „Zagadki Kuby Rozpruwacza") i nowe rzeczy, jak choćby
horoskop czy jakubowy kalendarz na cały rok.
Całość uzupełniają zawieszki do wycięcia i
zawieszenia w barze, karteczki, na których czytelnik spisuje swe dane i nosi przy
sobie, by w razie zgonu z przepicia z Jakubem wiedziano, gdzie dostarczyć
ciało, przepisy (na bimber, kiszone ogórki), porady (jak zbudować cep,
destylator itp.), biogram autora, miejsce na dedykację-autograf i wiele innych.
I to tyle.
Tak więc jest to całkiem miły gadżet dla fanów i
tylko dla nich. Bezczelny i pełen typowego jakubowego humoru, ładnie wydany
(twarda oprawa) i aż szkoda używać go do przeznaczonego mu celu - pisania. Nie
jest jednak rzeczą, która by zadowoliła tak naprawdę kogokolwiek. To zlepek
materiałów, które w większości znamy, stanowiący jedynie dodatek dla tych,
którym jest tak mało Jakuba, że muszą sięgnąć nawet po coś takiego. Mój
egzemplarz przepadł gdzieś i nie żałuję tego, ale jednocześnie przyznam, ze
miło było przekartkować tę pozycję.

Komentarze
Prześlij komentarz