PRAWDZIWA,
ORYGINALNA, DRUGA SAGA KLONÓW. PRAWIE.
„Saga klonów”. „Clone Saga”. Każdy słyszał, każdy kojarzy, nie każdy zna, ale o uszy obić się musiało. Bo w sumie czy istnieje większy komiksowy event? Rozpisany na tyle tysięcy stron, różnych serii, różnych okazjonalnych one-shotów, miniserii i dodatków? Coś równie epickiego i równie uwielbianego a zarazem znienawidzonego? Można by tak długo, epitety, pochwały. Jak wiadomo, ja lubię. nie jestem ślepy na wady, nie zamykam też oczu na zalety, których jest masa – pomysłowość, klimat, mrok, sporo psychologii, choć potem, wiadomo, rozmywa się to mocno. A teraz postanowiłem w końcu przeczytać coś, co nazywa się „The Real Clone Saga”. Czyli? Czyli zbiorcze wydanie miniserii z lat 2009-2010 (sześć zeszytów), którą dwaj z wielu scenarzystów „Sagi klonów” postanowiło pokazać, jak ta historia miała wyglądać, zanim włodarze Marvela kazali rozciągać rzecz w nieskończoność. Taki był zamysł, choć ostatecznie wyszło im coś zupełnie odmiennego i dalekie od tego. Ale wyszło nieźle, sentymentalnie, klarownie, w sposób zwarty i jasny. I niestety beznadziejnie zilustrowany.
Życie Petera się posypało. Zginął jego najlepszy
przyjaciel, który jednocześnie był jednym z jego największym wrogów, ale po śmierci
jego plan zemsty nadal był uskuteczniany, doprowadzając Spider-Mana na skraj. Na
dodatek ciotka May, najbliższa mu osoba, jest w stanie krytycznym i wszystko wskazuje
na to, że nie przeżyje, a Peter, jak to Peter, nie jest na to absolutnie
gotowy. Na wieść o chorobie May w szpitalu zjawia się jednak niejaki Ben
Reilly, klon Parkera, który powinien już dawno nie żyć. Ich spotkanie stanie
się zaczątkiem wydarzeń, które wstrząsną światem Spider-Mana – nie dość, że na
scenie pojawi się drugi Spider-Man i nowi wrogowie, to jeszcze jakże istotne
stanie się pytanie, kto właściwie jest prawdziwym Peterem Parkerem?
Tom DeFalco i Howard Mackie, dwóch z całego mnóstwa
scenarzystów „Clone Sagi” po latach wraca tu do tematu i stara się przywrócić
tej opowieści jej pierwotny wygląd. Nie do końca tak to wychodzi, bo jednak to
też nie tak, że oryginalna koncepcja tej opowieści miała zamykać się w sześciu
tylko zeszytach, bo nie, trwać miała aż do numeru 400, a to dawałoby nam trzydzieści
parę, może czterdzieści zeszytów. To, co więc dostajemy w tym tomie, to takie
jeszcze bardziej zwięzłe, skrótowe podejście do tematu. Trochę szkoda, bo
naprawdę sporo dobrego wypada już na starcie, choćby wątki z Judaszem Podróżnikiem
(acz nie chcę za wiele zdradzać, bo nie o to przecież chodzi), ale jest też
coś, co jasno kłóci się z planami na „Sagę klonów”. Tu muszę wejść w spoilery,
więc jeśli nie chcecie sobie nic zepsuć, przeskoczcie następny akapit.
A więc tak: kiedy „Saga klonów” się rozkręcała, nie
było mowy o Osbornie, jako głównym architekcie całego planu. W końcu postawiono
na niego, ale jeszcze nawet w końcowych fazach tego projektu, kiedy to Spiderem
był Ben, Peter się wycofał i w ogóle, ekipa jedno wiedziała na pewno: to nie
Norman okaże się tu głównym złym. Trzeba wymyślić coś innego. Więc to, że
właśnie Osborn jest głównym złym tej wersji kłóci się mocno z zamiarem twórców,
aby to wszystko było jak najwierniejsze oryginałowi.
Mimo to rzecz czyta się całkiem dobrze. trochę
przegadana jest, czasem nazbyt pospieszona, ale ma swój urok, klimacik, ma też
ten feeling komiksów z Mrocznej Ery, kiedy dobijanie bohaterów fizyczne i
psychiczne było na porządku dziennym, a ich rys stawał się pogłębiony. Fajnie też
czyta się, jak nieco inaczej potoczyły się te, czy inne wydarzenia, jak Peter
uniknął niektórych problemów czy spotkań. Brakuje mi paru postaci, paru fabuł,
ale całość uważam za wartą poznania alternatywę. Do pięt to nie dorasta „Clone
Sadze” świata „Ultimate”, oryginalnej zresztą też nie, ale jest o niebo lepsze
od takiego badziewia, jak te, które serwuje nam Marvel w ostatnich latach –
całe to zamieszanie z Benem i jego kobietą czy ten beznadziejnie napisany kicz
z Moralesem i jego klonami.
I tylko rysunki tej „Prawdziwej sagi klonów”
leżą i kwiczą, bo kto zatrudnia Naucka do rysowania poważnego komiksu? Jego cartoonowa
kreska jest na wskroś infantylna i naiwna, kolorystyka wali po oczach, jakby to
był magazyn dla dzieciaków w wieku przedszkolnym i psuje to wiele. Gdyby tak
zrobił to Bagley, albo Buscema, albo… Masa rysowników z czasów „Clone Sagi”
zrobiłaby to lepiej, w zasadzie każdy z nich, a mamy… Cóż, mamy co mamy. Tak czy
tak sięgnąć można, a kto lubi temat, nawet warto. Ale trzeba pamiętać, że to w
zasadzie nie tyle ta „Saga klonów”, która być miała naprawdę, a raczej kolejna
wariacja na jej temat.



Komentarze
Prześlij komentarz