DWIE
GODZINY O NICZYM
Już kiedyś, lata temu, bo w roku, w którym swą
premierę miał „Silmarillion”, kino próbowało zaadaptować prozę Tolkiena na
grunt filmu animowanego. W ciągu trzech lat powstały trzy produkcje: „Hobbit”,
„Władca Pierścieni” i „Powrót Króla”. Dziwnie ten podział na filmy wygląda, ale
o tym opowiem kiedy indziej, bo zamierzam odświeżyć je sobie po latach, ale w
skrócie środkowa opowieść nie adaptuje całości „Władcy”, a „Powrót Króla” wcale
jej nie kontynuuje, bo jest niezależną kontynuacją „Hobbita”. A teraz wrócono
do animowanego podejścia do dzieł Tolkiena, serwując nam „Wojnę Rohirrimów” i
nie rozumiem po co. Okej, nie jest to dno jak „Pierścienie Władzy”, ale jeśli
oczekujecie czegoś choć odrobinę przypominającego filmy Jacksona, lepiej
zapomnijcie o seansie.
Rzecz opowiada losy Héry, córki Helma
Żelaznorękiego. Dziewczyna, z powodów politycznych, ma wyjść za mąż, ale,
wiadomo, nie pasuje jej to. Wszystko to zaś prowadzi do sytuacji, która stanie
się zagrożeniem dla Rohanu i…
To, z czym mamy tu do czynienia, dobrze pokazuje
już sama strona wizualna tego dzieła. Patrzy się na to i nie widać tu „Władcy”.
Widać niezłą, acz typową animację, widać klimaty wikińskie, ale gdzie tu Śródziemie?
Może w paru plenerach jest, ale już w całej reszcie w ogóle tego się nie czuje.
No i oglądając całość, nie czuje się, że to to w ogóle Tolkien. Że to ten świat,
ta seria, to uniwersum. Są imiona, są nazwy, ale te w fantasy w mniej lub
bardziej zmienionej formie wybrzmiewają ciągle. To, co u Jacksona tworzyło na
ekranie niesamowity klimat Śródziemia, tu przepadło na dobre.
Co się jednak dziwić, rzecz oparto na krótkich
przypisach Tolkiena. Nie na żadnej konkretnej opowieści, a takich właśnie
wzmiankach. I te wzmianki są zawarte, ale całą resztę twórcy musieli zbudować. Więc
zbudowali, za główną bohaterkę wybierając według własnego uznania postać, która
u Tolkiena nawet nie doczekała się imienia. Wrzucono ją zaś w byle jaką akcję,
która dąży do dość ważnej kulminacji, połączonej z paroma ciekawymi informacjami,
ale to, co najciekawsze wiemy już z prozy Tolkiena. A cała reszta…
To, co udało się ekipie scenarzystów, to stworzyć
ponad dwugodzinny film dosłownie o niczym. Kiepsko nakreślona Héra, która miała
być silną, niezależna, kobiecą postacią, a na ekranie po prostu jest i niewiele
z tego wynika bierze udział w wydarzeniach, które nawet bardziej przypominają niestawiającą
na fabułę grę komputerową, niż finałowe starcie w „Bitwie pięciu armii”. Całość
miałaby sens, gdyby zrobić z niej krótkometrażówkę, pół godziny, góra godzina.
Lepiej wypadałaby też nie jako anime, bo ta estetyka i dynamika nie pasują do
Tolkiena i jego świata – i mówię to jako fan japońskiej popkultury (aż nie
powiem, animacja jest całkiem ładna, mimo iż tak wspomagana komputerem, że bez
serca i ducha jest to wszystko). Obejrzeć od biedy można, jak mało Wam wypraw
do Śródziemia, ale jeśli naprawdę cenicie sobie prozę brytyjskiego mistrza,
lepiej obejrzyjcie jeszcze raz filmy Jacksona. Chyba zresztą widzowie tak
zrobili, bo przy budżecie 30 mln dolarów film zarybił zawrotne 20 mln. Bywa.
Ostatnio coraz częściej, ale studia nadal nie uczą się szacunku do materiału
źródłowego. Szkoda.



Komentarze
Prześlij komentarz