Fantastyczna Czwórka: Obalić Dooma - Bill Mantlo, George Pérez, Keith Pollard, Keith Pollard, Roger Slifer, Len Wein, Marv Wolfman


WZORCOWA CZWÓRKA

 

Nie jest to najbardziej znany ani najbardziej klasyczny komiks z Fantastyczną Czwórką. Najbardziej przełomowy też nie, choć na jednej z marvelowskich list najważniejszych momentów w serii znajdziecie go wśród kilku innych, bardziej znanych historii. Czy należy do tych najbardziej cenionych? Cóż, na pewno go doceniono, ale są historie cieszące się większym uznaniem. I to o ile większym. A jednak jest to kawał świetnej opowieści, którą poznać warto. Taka kwintesencja „FF” tamtych czasów, a zarazem po prostu przyjemnie skrojona, na wskroś klasyczna fabuła, w której stworzeniu brali udział prawdziwi giganci komiksowego rynku.

 

Fantastyczna Czwórka rozpadła się, los rozrzucił ich po kraju, Johnny wyjechał i robi karierę wyścigową. Susie trafia w inne strony, mając okazję zostać aktorką i pokazać na co stać ją na tym polu, The Thing w tym czasie podejmuje się pracy w NASA, a Reed zostaje zaangażowany do projektu rządowego, nieświadomy, że nie ma najmniejszego pojęcia, że to wcale nie rząd USA za wszystkim stoi, choć projekt wydaje mu się podejrzanie znajomy. Każdy z nich mierzy się też z kolejnymi problemami w postaci dawno niewidzianych wrogów, przyjaciół, którzy już nie żyją, a jednak się z nimi kontaktują czy, ostatecznie, powrotu Dooma, który tym razem chce oddać władzę w Latverii, ale... No właśnie, co się za tym kryje? Wszystko to prowadzi naszą ekipę do ponownego zjednoczenia się i starcia, które nie może skończyć się dobrze...

 

Z „Fantastyczną czwórką” jakoś nigdy nie było mi po drodze. Niby pierwsza rodzina Marvela, niby pierwsza marvelowska drużyna i w ogóle pierwszy tytuł tego wydawcy, który zapoczątkował to niezwykłe uniwersum, ale… Komiksy o ich przygodach, które przeczytałem, można by policzyć na palcach jednej ręki i w sumie tylko jeden z nich kupił mnie tak naprawdę – pisany przez Straczynskiego. Inny, z rysunkami Jima Lee, trafił do mnie szatą graficzną. Reszta? Reszta była, bo była, czy to klasyka, czy rzeczy nowsze, weszła szybko, szybko z głowy wypadła i do poznania kolejnych nie zachęciła. Więc tak omijałem ten cykl, bo lepsze są i bardziej mnie ciągnęły, ale w końcu postanowiłem po to i owo sięgnąć, zobaczyć jak wchodzi po latach i czy coś się zmieniło. I weszło całkiem dobrze.

 


Największy zarzut, jaki zawsze miałem do serii był taki, że za mało eksponowano w nim wątki rodzinne, obyczajowe czy życiowe, bo to najważniejszy aspekt serii. Drugim, równie kluczowym, jest strona naukowa, często jakże infantylnie ukazana. I wiem, że to takie czasy, wiem, że to tylko rozrywka, ale… A superhero? Równie ważne, co powyższe, było typowe, ale jakoś aż przesadnie oldschoolowy Dr. Doom i tym podobna hałastra jakoś do mnie nie przemawiały. Tu jest trochę inaczej, wszystko to, co wspomniałem powyżej jest, ten tom to zresztą starcie z Doomem właśnie, ale okazuje się, że wszystko poprowadzone jest bardzo przyjemnie. Poza tym samo to starcie to dopiero finał, reszta to udana podbudowa, trochę przegadana, trochę naiwna, ale sympatyczna Przez dziewięć zeszytów – w tym jeden podwójny (warto pamiętać jednak, że wtedy jeden zeszyt miał po 17 stron) – udaje się zrobić konkretną, całkiem rozbudowaną fabułę, gdzie może nie pogłębia się wszystkich wspomnianych motywów, ale i nie traktuje się ich po macoszemu.

 


Sprawnie zrealizowany to komiks. Bo przecież odpowiadają za niego ludzie, którzy dali nam „Kontrakt Judasza”, „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”, pierwszą „Sagę klonów” czy „Rękawicę nieskończoności”, świetnie zilustrowany (taką klasykę uwielbiam) i nieźle wydany w polskiej edycji od SBM. Nieźle, bo tanio, ale też i bez rewelacji – bo i przekład niczego nie rwie, a momentami obnaża fakt, że ani tłumacz, ani redakcja chyba nie za bardzo znają język angielski, a zasady języka polskiego są im zupełnie obce, więc idą w takie niby nonszalanckie, że aż prostackie podejście do tematu, i okładka nijak nie pasuje do tego, co mamy w środku – choć z porcją dodatków. Fanom się spodoba, tym, którzy chcieliby poznać „FF” też, o ile to schemat dla nich i nie straszne im ramotki. I czego chcieć więcej?

Komentarze