Amazing Spider-Man: Korporacja Beyond #1 – Zeb Wells, Kelly Thompson, Saladin Ahmed, Cody Ziglar, Jed McKay, Paco Medina, Patrick Gleason, Jorge Fornes, Michael Dowling, Carlos Gómez, Ivan Fiorelli, Travel Foreman, Sarah Pichelli, Jim Towe, Eleonora Carlini
WTÓRNE
ZŁEGO POCZĄTKI
Jest już pierwszy tom „Amazing Spider-Man:
Korporacja Beyond” (pierwszy z dwóch), historii, która miała zmazać niesmak po
słabym runie Spencera, stanowiąc nowe otwarcie – a raczej pomost do tego nowego
otwarcia – i być przy okazji wielkim eventem, który z jednej strony idzie w
nowe, z drugiej wraca do starego. I co? I jest znów nijako. Początkowo nie tak
źle, wtórnie, ale całkiem nie najgorzej się to czyta, kiedy jednak zaczynają
się żonglerki i zmiany scenarzystów, a Saladin Ahmed po raz kolejny dobitnie
pokazuje, że jednak Pająka nie czuje – czytałem jego „Ultimate Spider-Mana”,
też o kolonach, bo na cały run nawet nie próbowałem się porwać, i tam również
była taka sztampa, sztywne dialogi i kiczowata akcja, a bohater nie miał
charakteru, do jakiego przywyknąłem – i nie powinien go pisać, cóż… Fani
sięgną, wiadomo. Jak widać sam sięgnąłem. Reszta? Nie ma po co zaczynać
przygody z Pajęczakiem od tego runu, skoro jest tyle lepszych historii
dostępnych na polskim rynku.
Peter znów nie ma lekko. Nie dość, że po ostatnich
wydarzeniach nie może poradzić sobie ze stratą przyjaciela, to jeszcze w jego
życiu znów pojawia się Ben – jego klon. A to pojawienie się klona to zaledwie
szczyt góry lodowej, bo oto korporacja Beyond, która wykupiła resztki po Parker
Industries, posiada też prawa do pajęczego wizerunku, które niegdyś
zarejestrował Otto i zatrudniła Bena, by był ich Spider-Manem. Pomagają mu,
zbroją go, wyposażają w technikę i… Peter w zasadzie jest tu zbędny, ale przez
moment obaj działają razem. Niestety walka z wrogami doprowadza do sytuacji, w
której Parker w ciężkim stanie ląduje w szpitalu, bez nadziei na pomoc, co
wymusza na jego bliskich, a ciotce May zwłaszcza, podjęcie nieoczekiwanych
decyzji. Tymczasem rolę Spider-Mana przejmuje Ben, który szybko trafia na
celownik Morbiusa i Kravena…
Jak widać, cokolwiek tu się dzieje, jest skopiowane z drugiej „Sagi klonów”. Tam w historii „Blood Brothers” Peter w ciężkim stanie, bliski śmierci, trafił do szpitala, a Ben był wtedy Spiderem (ba, nosił nawet ten sam kostium, co teraz). Co ciekawe, właśnie ta historia została potem niemal dosłownie skopiowana przez Straczynskiego i kolegów w fabule „The Other” (było w czwartym tomie jego runu po polsku). Wątek z Octopusem, który tu dostajemy to wypisz wymaluj „Pajęczyna śmierci” z „Clone Sagi”, a to tylko te najbardziej rzucające się w oczy – i wypełniające jednocześnie większość tomu – bezczelne powtórki z rozrywki. Trochę takie podejście dziwi, bo raz, że „Saga klonów” – ta druga, z lat 90. XX wieku – to rzecz, która niemal pociągnęła na dno „Spider-Mana” i Marvela i długo próbowano odrobić straty, więc jej powielanie wydaje się nie mieć sensu. Dwa – jeśli już powielać, to żeby co poprawić, zmienić, podkręcić, a niestety, tu mamy te fabuły zrobione o wiele gorzej, niż kiedyś. A to dobitnie pokazuje, co dzieje się w Marvelu od paru lat – brakuje już jakichkolwiek pomysłów na nowe historie, a te, które powstają, rzadko kiedy są obecnie dobre. I rzadko kiedy jest sens je kupować, bo skoro to w zasadzie to samo, co już było, ale gorsze, czemu nie przeczytać raz jeszcze tego, co już znamy i lubimy?
Największym plusem całości – a jednocześnie jednym z największych minusów przygód Spidera ostatnich lat – jest powrót do postaci Janine, której nie widzieliśmy od drugiej „Sagi klonów” właśnie. Plusem, bo ja ją lubię i była ciekawą, dobrze nakreśloną postacią. Minusem, bo wiem, co z niej zrobi potem Marvel i jak bardzo to spier… zepsuje znaczy (mały spoiler: czy każdy w komiksach superhero musi mieć jakieś moce? nie może już być zwykłych ludzi? a kwestia ta wciąż jest żywa zwłaszcza po tym, kto okazał się ostatnio Venomem). Okej, jeszcze szybko się to czyta, ale niestety nierówno. Album pisało łącznie sześciu scenarzystów (każdy dostał po mniej więcej dwa zeszyty), a rysowało około dziesięciu osób. A że mamy tu twórców, którzy prezentują różny poziom, tak i ich prace są i lepsze, i gorsze. I te różnice pomiędzy poszczególnymi fabułami są spore, choć jednocześnie nikt nie zrobił tu choćby jednego naprawdę dobrego zeszytu – wszystko jest albo zachowawcze i co najwyżej niezłe, częściej jednak to przeciętniaki, gdzie dużo akcji ma maskować brak pomysłu, ale i brak umiejętności wyciśnięcia czegoś z kopiowanych treści – z tym, że i tak nie maskuje.
Graficznie jest nieźle, ale to też typowa, nijaka robota. Nawet Pichelli, która miło robiła oczom w „Ultimate Spider-Manie” wypada tu bez charakteru i tej jakości, której po niej się spodziewałem (bliższa jest swoich wczesnych prac, takich cartoonowych i niezbyt fajnych), choć mam momenty. fajnie prezentują się tu Dowling i Fornes, wnosząc więcej klimatu i realizmu, reszta jednak to taka typowa robota, w której tak, jak nie ma artyzmu, tak i nie ma indywidualizmu – coś, jak ta kiepska okładka, która zdobi ten tom. Tom, swoją drogą solidny (360 stron), dobrze wydany, chociaż Egmont mógł nam to puścić w jednym albumie, liczącym jakieś 650 stron albo wydać obie części na raz, jak zrobił to z „X Mieczy”, jakiś czas temu (na szczęście, albo nie, na ciąg dalszy musimy poczekać tylko do czerwca). Tak czy inaczej, „Korporacja Beyond” to… no tom, jak tom. Poziom poprzednich kilkunastu części, czyli wtórna treść i brak czegoś, co dostarczyłoby frajdy. Szkoda. Ale tak, a nawet gorzej, będzie w tej serii przez jeszcze długi czas (run Wellsa potrwa przez sześćdziesiąt numerów – bez wliczania w to „Beyond”) i w przyszłości nic się nie zmieni, bo pierwszy numer następnego runu, tego od Joe Kelly’ego, czytałem i wypadał jeszcze gorzej.




Komentarze
Prześlij komentarz