CZTERYSTA
LAT ODLEGŁOŚCI
Młodzieżówka postapo, która jak postapo się nie
zaczyna. Tak w skrócie można podsumować tę powieść. Nie jest to może dzieło
jakoś szczególnie udane czy zachwycające, acz mamy tu do czynienia z literaturą
poprawną, całkiem niezłą i niewymagającą. A dla niektórych pewnie nawet
emocjonującą i zaskakującą, na jakim polu, zdradzać już jednak nie będę. Mimo
wszystko – i mimo bardzo kiepskiej okładki – młodsi czytelnicy, którzy lubią
fantastykę, będą z „Elwina” zadowoleni.
Dwóch nastolatków. Dwóch dzieciaków, od których
zależy wiele. I brak pamięci.
W naszych czasach, we Wrocławiu, nastoletni Daniel
jest świadkiem porwania koleżanki. Pech chce, że nie zdołał zapamiętać detali,
które mogłyby pomóc dziewczynce. Co prawda te być może tkwią w jego
podświadomości, ale czy udałoby się je wydobyć?
Potem akcja przeskakuje w przyszłość odległą o
czterysta lat. Ziemię zniszczyła asteroida, a na zgliszczach dawnego świata,
pośród zmutowanych insektów, starają się przetrwać niedobitki ludzkości. W tym
przetrwaniu pomóc ma im Elwin, chłopak, który budzi się w tym świecie, a w pamięci
którego powinna się znajdować informacja o lokalizacji banku nasion, które
pozwoliłyby odbudować środowisko naturalne. Powinna, ale chłopak niczego nie pamięta.
Tak zaczyna się przygoda dwóch chłopaków, oddzielonych od siebie niemal połową
tysiąclecia, ale połączonych podobnym problemem. I tak też zaczyna się wyścig z
czasem obu. Czy zdołają dotrzeć do umownej mety i ocalić ludzi przed tym, co
może ich czekać?
„Elwin: 400 lat po upadku”. Już sam tytuł obiecuje,
że nie będzie to nic oryginalnego, z miejsca kojarząc się chociażby z kiepskim
filmem „1000 lat po Ziemi”. Środek zaś to w zasadzie wszystko to, czego można
się po gatunkowej historii spodziewać. Dla mnie, człowieka, który w fantastyce
szuka przede wszystkim ambicji, życiowości, prawd i przesłania – także w tej
młodzieżowej, bo jako dzieciak też wolałem te elementy, niż stricte rozrywkowe
historie – najlepiej wypadły te wątki współczesne, których mogłoby być więcej. Może
ta przyszłościowa fantastyka kręciłaby mnie bardziej, gdyby nie te owady, które
jakoś do mnie nie przemawiały. Ale autora bardziej ciekawiło właśnie to, wątek
Daniela, choć Gołuch znalazł na niego fajny patent, sprawia wrażenie, jakby
interesował go mniej. Nie zmienia to faktu, że intryguje nas, jaki to wszystko
ma związek (acz mnie jakoś nie zaskoczyło). A książka wchodzi szybko, lekko i
całkiem przyjemnie.
Dużo akcji, dużo prostoty, sporo uroku. Czytając
miałem wrażenie, że autor potraktował tę historię, jako plac zabaw albo piaskownicę,
gdzie wziął to, co lubił w popkulturze (nie chcę tu za wiele wymieniać, żeby jeszcze
czegoś nie zdradzić, ale widziałem w powieści odbicia zarówno klasyki kina
nowej przygody, jak i współczesnej, blockbusterowej fantastyki, a nawet filmów
anime, a raczej w ogóle mangi i anime, ale o tym za moment) i zabawił tym w
formie powieści. I całkiem nieźle mu ta zabawa wyszła. Bywa w niej dramatycznie
i bywa swojsko, bywa interesująco i naciągnie też bywa. Wiadomo, to rzecz dla dzieciaków,
ale jednak zaserwowana w niezłym, nieprzesadnie infantylnym stylu i nawet z
pewnym przesłaniem. Do tego mamy w środku całkiem niezłe rysunki – szkice właściwie
– mocno inspirowane mangami. Okładka wypada słabo, jak wspominałem (nawet lata
temu nie dałaby rady skusić mnie, dzieciaka wychowanego w czasach boomu na
mangę i anime – tego dzieciaka, któremu japońskich klimatów było tak mało, że łykał
je jak leciały, kiedy tylko mógł), ale wewnątrz mamy sporo przyjemnych
ilustracji, które dopełniają tego nieco mangowego wrażenia.
Reasumując, poprawna pod każdym względem, przyjemna
książka dla młodzieży. Sympatyczna fantastyka familijna, którą czyta się w
zasadzie a raz, jednym tchem. Śmiało można.

Komentarze
Prześlij komentarz