DOM ZŁY
Kiedy
patrzę w ich źrenice widzę własne odbicie
Wspomnienia
które iskrzą jeszcze dziś oczy szklą
Mały
pokój i ja modląc się za ciszą
Która
była mi najbliższą rzeczą bliższą niż ona i niż on
Bliższą
niż dom gdzie wyrosłem
Brak
pieniędzy i alkohol niszczą proste
Ktoś
powiedział mi opisz to opisuję
- Trzeci wymiar
„Zależności” Łukasza Suskiewicza to ledwie sto
stron, ale ma w sobie coś. Właściwie można by powiedzie, że to taka lekka
książka o ciężkich tematach. Bo czyta się ją lekko, szybko, czy przyjemnie to
już sporna kwestia, bo opowiada o rzeczach, których tym mianem określić się
zwyczajnie nie da, jednocześnie jednak robi to stylem, który w odbiorze jest
faktycznie przyjemny. I jednocześnie nie odbiera to powieści – noweli w
zasadzie – wagi i siły wyrazu. Trochę to powieść terapeutyczna, trudno nie
odnieść takiego wrażenia, trochę rzecz mająca być takim katharsis, bo w sumie
temat nie tylko doskonale znany, ale już w zasadzie oklepany, ale nadal warta
uwagi.
Rodzina, jak wszystkie, pełna własnych traum, problemów,
nieprzepracowanej przeszłości. I on, syn, który wciąż musi słuchać, męczyć, a
potem szukać czegoś, co pozwoliłoby mu się oczyścić. Czy zdoła?
Trudne relacje rodzinne, szara proza życia, przemoc
domowa to rzeczy, które znamy z polskiej popkultury aż za dobrze. Mieliśmy
filmy, polski hip-hop też tym stał, w literaturze również tego nie brakowało, a
i komiksy nie żałowały nam podobnych tematów. Większości już nawet nie
pamiętam, wiem, że były, wiem, że czytałem i oglądałem, ale temat tak wyeksploatowany,
tak znany z wiadomości i tego, co za oknem, że najczęściej wpadało to przysłowiowym
jednym uchem czy może bardziej okiem, wypadało drugim i tyle było. Nie robiło
wrażenia, chociaż na nowy film Smarzowskiego podejmujący tę tematykę – „Dom
dobry sen zły” – czekam, jak najbardziej. A tym razem jednak do mnie trafiło,
coś ruszyło i przede wszystkim bardzo dobrze weszło.
Ta książka, choć temat oczywisty, wcale taka
oczywista nie jest. Balansująca na granicy dystansu i dogłębnego wniknięcia w
temat i uczucia. A te wcale nie są takie oczywiste, bo przemoc nie jest tu
dokładnie taka, jak myślimy – mamy tu w zasadzie normalną rodzinę, ludzi,
jakich wielu, rodzinę na pierwszy rzut oka wcale nie przemocową. Ale przemoc to
nie tylko bicie, katowanie czy więzienie bliskich, że o gorszych rzeczach nie
wspomnę. Przemoc to też wygórowane oczekiwania, ciągłe suszenie o coś głowy,
frustracje niespełnienia, porównywanie, ocenianie, życie przeszłością… Spiralę
napięcia i zła nakręcają tu z pozoru w większości niewinne rzeczy, choć
wiadomo, i tego mocniejszego nie brak. W końcu przemoc psychiczna od tej
fizycznej – nieważne, zamierzona czy nie – nie jest wcale łagodniejsza.
Więc dobrze, że autor o tym mówi. Mówiło wielu,
więc tym lepiej, że on mówi to w sposób, który się przebija. Rzecz jest
realistyczna, ale ma też wspomniany dystans, zdarzają się momenty niemal sarkastyczne
w wydźwięku i po brzegi wypełnione polskością, swojskością i traumami. Dobrze
oddaje autor relacje rodzinne: miks miłości i nienawiści, obojętność i
zaangażowania, nawet jeśli to zaangażowanie zostaje niewłaściwie ukierunkowane
przez członków familii, wszystkie te sprzeczności i podobieństwa, podkreślone
powielanymi przez lata schematami i dobrze uchwyconą za pomocą słów
odmiennością postaci.
Po prostu dobra, choć niewielkich rozmiarów
książka. Nie dla każdego, wiadomo, temat nie jest przyjemny ani wygodny, ale
dla tych, których treść ciekawi, okaże się jedną z najlepszych rodzimych w
swoim gatunku.

Komentarze
Prześlij komentarz